Zwierciadło Podcasty

Zwierciadło Podcasty

Zwierciadło
Zemlja Poljska
Jezik PL
Epizode 367
Posljednja 17.07.2026

„Zwierciadło Podcasty” to rozmowy o psychologii, kulturze, wychowaniu, podróżach i dobrym życiu. Gośćmi są znani eksperci, badacze oraz ludzie zaangażowani w promocję aktualnej i sprawdzonej wiedzy ze wszystkich tych dziedzin.

Epizode

  • „Rodzice boją się, że ich dziecko będzie ofiarą, nie myślą, że będzie oprawcą”. Natasza Socha o tym, co „karmi” hejtera i jak powstrzymać przemoc | „Dylematy mamy i taty”, odc. 7 17.07.2026 56min
    „Wszystkie hejterskie historie zaczynają się tak samo: od drobnego uderzenia, żeby sprawdzić, jak ta osoba zareaguje” – mówi Natasza Socha w podcaście „Dylematy mamy i taty”. Rozmawiając z Aliną Gutek, zastępczynią redaktorki naczelnej „Zwierciadła”, autorka wydanej przez Zwierciadło powieści „Hejterka” pokazuje, że przemoc rówieśnicza nie rodzi się nagle ani wyłącznie w internecie. Wyrasta z potrzeby dominacji, braku empatii i wzorców wynoszonych z domu. Najbardziej niepokojące okazuje się jednak coś innego – wielu dorosłych wciąż wierzy, że hejt dotyczy wyłącznie cudzych dzieci.Każdy hejt ma swojego lideraDlaczego inni tak łatwo przyłączają się do przemocy? Alina Gutek pyta podczas rozmowy, co sprawcy mają w sobie, że potrafią przeciągać ludzi na swoją stronę.Socha zwraca uwagę, że niemal zawsze pojawia się lider – osoba głośna, pewna siebie, sprawiająca wrażenie nieustraszonej. Właśnie tacy ludzie bywają najbardziej niebezpieczni, ponieważ potrafią stworzyć wokół siebie grupę, która przestaje samodzielnie oceniać sytuację. Obok lidera niemal automatycznie pojawia się również wyznaczona ofiara.Pozorna siła często okazuje się jednak maską. Autorka „Hejterki” zauważa, że wielu szkolnych liderów buduje swoją pozycję wyłącznie na pokaz, próbując przykryć własne frustracje i porażki. Wybór słabszej osoby pozwala im przez chwilę zapomnieć o własnych kompleksach.Inność nadal bywa najłatwiejszym celemRodzice często zastanawiają się, dlaczego właśnie ich dziecko zostało zaatakowane. Odpowiedź okazuje się bolesna, bo bardzo często wystarczy jedna cecha – odmienność.Podczas rozmowy Natasza Socha przypomina, że nie lubimy tego, co nieznane, a u nastolatków nakłada się na to niezwykle silna potrzeba przynależności do grupy. Dziecko, które wyróżnia się wyglądem, zainteresowaniami, wrażliwością czy sposobem bycia, bardzo łatwo zostaje uznane za „inne”. Jak podkreśla pisarka, osoba, która nie ukrywa swojej odmienności, staje się wręcz idealnym celem hejtu.Paradoks polega na tym, że właśnie cechy, które później budują dojrzałą osobowość i odwagę bycia sobą, w szkolnej rzeczywistości bywają traktowane jak zaproszenie do wykluczenia.Dlaczego dzieci milczą?Rodzice często zakładają, że gdy wydarzy się coś złego, dziecko natychmiast poprosi o pomoc. Praktyka pokazuje coś zupełnie odwrotnego.Jak tłumaczy Socha, młodzi ludzie bardzo rzadko od razu mówią o hejcie. Nie chcą dokładać rodzicom zmartwień, wstydzą się odrzucenia przez grupę i często nawet nie rozumieją, dlaczego zostali wykluczeni. Dochodzi jeszcze lęk przed łatką donosiciela. Przyznanie się do krzywdy oznacza dla wielu nastolatków wypowiedzenie na głos zdania: „jestem beznadziejny”, a właśnie przed takim doświadczeniem próbują się chronić.Milczenie staje się więc nie dowodem, że wszystko jest w porządku, lecz jednym z najważniejszych sygnałów alarmowych.Dom pełen pogardyRozmowa uświadamia, że przemoc rówieśnicza nie bierze się znikąd. Natasza Socha przekonuje, że bardzo często stanowi odbicie atmosfery panującej w domu. Dziecko, które wraca ze szkoły po konflikcie z nauczycielem i słyszy od rodzica: „nie przejmuj się, idiota został nauczycielem, bo niczego nie osiągnął”, otrzymuje jasny komunikat – pogarda wobec innych jest akceptowalnym sposobem rozwiązywania problemów.Szkoła również nie zawsze zdaje egzamin. Zamiast zdecydowanych działań często pojawia się chęć przeczekania kryzysu, bo placówki obawiają się rozgłosu. Efektem bywają kolejne pogadanki, które niewiele zmieniają, ponieważ nie dotykają emocji ani odpowiedzialności.
  • „Pogubiło mi się wiele rzeczy “. Dlaczego Grzegorz Damięcki nie wierzy w doświadczenie życiowe i z czym poszedł na terapię? | „Mężczyzna jest człowiekiem”, odc. 19 17.07.2026 1h 15min
    „Mam 59 lat i wiem, że nic nie wiem” – mówi Grzegorz Damięcki w podcaście Beaty Biały „Mężczyzna jest człowiekiem”. Aktor opowiada o dorastaniu w rodzinie, której nazwisko od pokoleń budzi skojarzenia z polskim teatrem, o rozwodzie rodziców, samotności, terapii, sukcesie i porażce. Powstaje opowieść daleka od celebryckich wyznań. Bardziej przypomina intymny esej o męskości, odpowiedzialności i nieustannym poszukiwaniu siebie.Nazwisko Damięcki od dekad funkcjonuje w polskiej kulturze niemal jak instytucja. Wiele osób mogłoby uznać, że otwiera drzwi, daje przewagę i poczucie bezpieczeństwa. Grzegorz Damięcki nie ma jednak wątpliwości, że przede wszystkim stawia wymagania. Pytany przez Beatę Biały, czy rodzinne nazwisko bywa przekleństwem, odpowiada, że jest przede wszystkim wyzwaniem. „Po rozwodzie rodziców zostałem z ojcem”Historia Damięckich mogłaby stać się scenariuszem wielopokoleniowej sagi. Aktor wraca pamięcią do domu, który nieustannie się zmieniał – także dosłownie, bo dzieciństwo upłynęło pod znakiem kolejnych przeprowadzek. Z czułością wspomina swoje babcie, które były sobie tak bliskie, że – jak opowiada – zmarły tego samego dnia i tego samego roku. Zaraz potem pojawia się jednak doświadczenie rozpadu rodziny. Po rozwodzie rodziców zamieszkał z ojcem, co w tamtych czasach należało do rzadkości. Miał zaledwie piętnaście lat, gdy na jego barki spadło znacznie więcej codziennych obowiązków, niż zwykle dźwigają nastolatkowie.Paradoksalnie właśnie z domu rodzinnego nie wyniósł gotowych recept na życie. Przyznaje otwarcie, że nie otrzymał wzorów postępowania, do których mógłby dziś się odwoływać. Dlatego z pokorą mówi: „Mam 59 lat i wiem, że nic nie wiem”. Zaraz dodaje jeszcze jedno zdanie, które wybrzmiewa niemal prowokacyjnie – nie wierzy w coś takiego jak doświadczenie. Każdy etap życia wymaga bowiem nowych odpowiedzi, a dawne pewniki szybko tracą swoją wartość.„Od sukcesu ludzie głupieją”Kariera aktorska często kojarzy się z popularnością, uznaniem i spełnieniem. Damięcki pokazuje jednak zupełnie inną perspektywę. Pytany o sukces i porażkę przyznaje, że oba doświadczenia bywają równie trudne. Porażki zmuszają do refleksji, natomiast sukces – jak mówi – potrafi onieśmielać, a nawet odbierać trzeźwy ogląd rzeczywistości. Nie bez powodu zauważa, że właśnie od sukcesu ludzie najczęściej głupieją.Takie spojrzenie dobrze współgra z jego wyznaniem, że bezczynność natychmiast uruchamia lęk. Praca okazuje się nie tylko zawodem, ale również sposobem porządkowania własnego świata. Kiedy zatrzymuje się na dłużej, pojawia się niepokój i poczucie zagubienia. Sam przyznaje zresztą, że w pewnym momencie życia „pogubiło mu się wiele rzeczy”.Często boimy się najbliższychJednym z najbardziej poruszających fragmentów rozmowy jest opowieść o terapii. Aktor nie przedstawia jej jako spektakularnej przemiany ani cudownego lekarstwa na wszystkie problemy. Mówi o znacznie bardziej przyziemnym celu – poszedł na terapię po to, by nauczyć się stawiać światu granice.Brzmi prosto, ale właśnie w tej prostocie kryje się sedno. Wielu mężczyzn wychowywano w przekonaniu, że powinni wszystko wytrzymać, wszystko znieść i nikogo nie obciążać własnymi emocjami. Damięcki odwraca tę logikę. Zauważa również, że bardzo często najbardziej boimy się nie obcych ludzi, lecz właśnie tych najbliższych. Relacje rodzinne i partnerskie bywają przecież przestrzenią największej bezbronności.
  • „Kobiety mówią: tyję z powietrza i jest w tym ziarno prawdy”. Prof. Karolina Kędzierska-Kapuza i Adrianna Sobol o tym, że otyłość to choroba, która może przytrafić się każdemu | „Jak zdrowie”, odc. 21 15.07.2026 55min
    „Otyłość to podstępna choroba, która zaczyna się powoli, choć u każdego inaczej się rozwija. Chorzy stopniowo wycofują się z życia z powodu stygmatyzacji i wstydu” – mówi Adrianna Sobol w podcaście „Jak zdrowie”. Choć medycyna od dawna uznaje otyłość za chorobę przewlekłą, społeczne przekonania nie nadążają za wiedzą. Choć medycyna od dawna uznaje otyłość za chorobę przewlekłą, społeczne przekonania nie nadążają za wiedzą. – To jedna z niewielu chorób przewlekłych, które niesiemy ze sobą na czole – mówi obesitolożka, prof. Kędzierska-Kapuza. „Na otyłość choruje już 9 milionów Polaków, a mimo wszystko pacjenci nadal słyszą: »zrób coś ze sobą«” – mówi Magdalena Kuszewska, otwierając rozmowę z prof. Karoliną Kędzierską-Kapuzą oraz Adrianną Sobol w podcaście „Jak zdrowie”.Otyłość nie jest wyboremPrzez lata wokół otyłości narosło wiele uproszczeń. Najbardziej szkodliwe sprowadza się do przekonania, że wystarczy mniej jeść i więcej się ruszać. Brzmi rozsądnie, jednak współczesna medycyna pokazuje znacznie bardziej złożony obraz.Jak wyjaśnia prof. Karolina Kędzierska-Kapuza, pacjenci najczęściej słyszą właśnie komunikat: „jedz mniej i ruszaj się więcej”, podczas gdy otyłość pozostaje chorobą biologiczną, często uwarunkowaną genetycznie i występującą w różnych fenotypach. Jedni zmagają się z kompulsywnym jedzeniem, inni z zaburzeniami regulacji głodu, dlatego skuteczne leczenie musi być dopasowane do konkretnego pacjenta. Tymczasem zaledwie 1–-2 proc. chorych otrzymuje leczenie farmakologiczne.Codzienność, której nie widaćLiczby pokazują skalę problemu, ale nie oddają życia z chorobą. Adrianna Sobol przypomina, że otyłość rozwija się podstępnie i u każdego przebiega inaczej. Chorzy bardzo często stopniowo wycofują się z życia społecznego, ponieważ wstyd i stygmatyzacja odbierają im poczucie bezpieczeństwa.Kobieta „gruba”, mężczyzna „postawny”Społeczne oczekiwania wobec wyglądu nie dotyczą wszystkich w równym stopniu. Kobiety znacznie częściej słyszą krzywdzące komentarze i są oceniane przez pryzmat sylwetki. Jak zauważa Adrianna Sobol, mężczyzna bywa określany jako „postawny”, podczas gdy kobieta z podobną masą ciała otrzymuje łatkę „grubej”. Choroba otyłościowa nie wybiera jednak ani płci, ani wieku i może pojawić się na każdym etapie życia.Równie niebezpieczne pozostaje bagatelizowanie pierwszych sygnałów. W wielu rodzinach funkcjonują powiedzenia: „my tak mamy”, „grube kości”, „wyrośnie z tego”. Takie przekonania skutecznie opóźniają diagnozę i rozpoczęcie leczenia.Dlaczego organizm ciągle domaga się jedzenia?Coraz więcej badań pokazuje, że apetyt nie jest wyłącznie kwestią silnej woli. W niektórych fenotypach choroby organizm produkuje zbyt mało hormonów odpowiedzialnych za hamowanie łaknienia, między innymi GLP-1. Pacjent praktycznie nie otrzymuje sygnału sytości.Prof. Karolina Kędzierska-Kapuza opowiada, że osoby rozpoczynające odpowiednie leczenie często ze wzruszeniem mówią o czymś, co dla większości ludzi wydaje się oczywiste – pierwszy raz w życiu mogą odstawić talerz, ponieważ naprawdę czują się najedzone.Jednocześnie jedzenie pełni funkcję regulatora emocji. Adrianna Sobol zwraca uwagę, że bardzo często sięgamy po nie zarówno wtedy, gdy przeżywamy smutek, jak i wtedy, gdy chcemy świętować sukces. Łatwo dostępna przyjemność pomaga na chwilę poradzić sobie z napięciem, ale nie rozwiąże problemu.Menopauza, hormony i „tycie z powietrza”W gabinetach lekarskich często pada zdanie: „tyję z powietrza”. Choć brzmi jak przesada, medycyna znajduje dla niego częściowe wyjaśnienie.Prof. Kędzierska-Kapuza podkreśla, że w okresie menopauzy zmiany hormonalne wysyłają tkance tłuszczowej sygnał do gromadzenia zapasów przede wszystkim w okolicy brzucha i bioder. Oznacza to, że organizm funkcjonuje inaczej niż wcześniej, dlatego strategie leczenia również wymagają indywidualnego podejścia.Sponsorem odcinka jest Novo Nordisk – organizator kampanii „Odzyskaj lekkość życia”, więcej infomacji na: www.ootylosci.pl/specjalisci
  • „Moja najmłodsza pacjentka miała 26 lat”. Sekrety hollywoodzkiego liftingu zdradza chirurg plastyczny dr Piotr Osuch | „Pod skórą”, odc. 2 15.07.2026 44min
    Lifting twarzy nie jest w chirurgii plastycznej nową procedurą – ale zyskał nową technikę i… nową klientelę. Kiedyś uchodził za zabieg dla kobiet dojrzałych, dziś pod nóż coraz częściej idą 20- i 30-latki. Tylko po co – skoro ich skóra nadal jest jędrna, a owal twarzy napięty i wyraźny? Bo lifting nie służy już tylko odmładzaniu – przekonuje dr Piotr Osuch, chirurg plastyczny twarzy specjalizujący się w nowatorskiej metodzie deep plane.Za co ten rodzaj liftingu pokochały największe gwiazdy Hollywood, a w ślad za nimi – zwyczajne kobiety i mężczyźni, którzy ustawiają się w kolejce po piękniejszą twarz?„Niewidoczny” i „naturalny”. Jak działa lifting deep plane?Technika deep plane, w której specjalizuje się dr Osuch, nieprzypadkowo ma wiele fanek (i fanów) wśród znanych osób. Pozwala bowiem precyzyjnie odświeżyć rysy – a nie całkowicie je zmodyfikować. W efekcie, choć twarz pacjenta zostaje „przerobiona”, w ogóle nie wygląda na „zrobioną”.– Ta metoda ma tę dobrą cechę, że zachowuje naturalne rysy twarzy – tłumaczy specjalista. – W odróżnieniu od tych starszych liftingów, tutaj działamy tylko na głębokich strukturach, tak że nie ma konieczności rozdzielania warstw tkanek (…), tylko podnosimy całą grubość tkanek, sięgamy do tego miejsca, gdzie są rozluźnione więzadła, gdzie jest przyczyna tego, że twarz się zmieniła w związku z upływem czasu.To największa różnica, która odróżnia metodę deep plane od starszych technik liftingu.– Nie ma stygmatów typowego liftingu, czyli nie ma takiego napięcia nadmiernego, nie ma efektu maski, nie ma takiego „windblow”, czyli efektu podmuchu wiatru – mówi w podcaście ekspert.Po deep plane wygląda się świeżo, jakby było się bardziej wypoczętym. Procedury tej nie widać na pierwszy rzut oka, co przyciąga do niej zarówno gwiazdy, jak i wszystkie osoby, które chciałyby dokonać naturalnej korekty swoich rysów.Dlaczego na deep plane decydują się coraz młodsze osoby?Jak podkreśla dr Osuch, lifting deep plane to nie jest zabieg, który koryguje skórę – lecz rysy twarzy. Dziś stanowi więc narzędzie nie tylko do odmładzania, ale i modyfikacji tych obszarów, które nie spełniają oczekiwań pacjentów. Najmłodsza pacjentka lekarza miała 26 lat i zdecydowała się na lifting, aby poprawić rysy twarzy po tym, jak opadły na skutek dużej utraty wagi.– To jest zabieg, który koryguje linię żuchwy, który koryguje napięcie tkanek głębokich, który przywraca albo koryguje kształt, jeśli chodzi o położenie brwi i o różne struktury, które są w obrębie twarzy – objaśnia ekspert.Mitem jest więc przekonanie, że lifting dedykowany jest tylko osobom, u których procesy starzenia są już zaawansowane i wymagają one ujędrnienia skóry. Jej jakość i napięcie mogą poprawić zabiegi z zakresu medycyny estetycznej – natomiast sama chirurgia tego nie zrobi.Pułapki medycyny estetycznej okiem chirurga plastycznegoAle i z mniej inwazyjnymi zabiegami lepiej uważać. Doktor Osuch nie jest ich bezkrytycznym zwolennikiem i zaleca ostrożność, zanim zdecydujemy się na założenie nici liftingujących, wstrzyknięcie kwasu hialuronowego albo stymulatorów w twarz. Efekty zbyt pochopnych decyzji swoich pacjentów widzi na własne oczy, gdy podczas operacji zagląda – dosłownie – pod ich skórę.Podcast „Pod skórą” analizuje viralowe trendy w urodzie i medycynie estetycznej napędzane przez internetowe algorytmy. Prowadząca Aleksandra Urbaniak wraz z ekspertami omawia źródła najnowszych trendów, obala szkodliwe mity i ujawnia przemilczane fakty na temat zabiegów zyskujących popularność. To rozmowy dające zdrową perspektywę na obowiązujące standardy piękna wyznaczane przez social-media, które coraz częściej dyktują nam, jak wyglądać i co robić ze swoimi ciałami.
  • Andrzej Bargiel o swojej wyprawie na Nanga Parbat, zaufaniu i robieniu po swojemu. „Chciałem sprawdzić, czy to fizycznie możliwe” | „Bliski kadr”, odc. 13 10.07.2026 46min
    „Nie mam potrzeby, żeby cokolwiek udowadniać” - mówi Andrzej Bargiel w podcaście „Bliski kadr" tuż po swoim historycznym zjeździe na nartach z Nanga Parbat czyli jednego z najwyższych szczytów świata i jednej z najbardziej niebezpiecznych gór na Ziemi. Andrzej dokonał czegoś, co przez lata wydawało się poza zasięgiem nawet najwybitniejszych himalaistów i skialpinistów. Tymczasem opowiada o tym z charakterystycznym dla siebie spokojem. Trochę jakby po prostu właśnie zgrabnie zeskoczył z trzepaka...W podcaście „Bliski kadr" rozmawiamy nie tylko o samym zjeździe, ale też o wszystkim, co wydarzyło się wcześniej. O budowaniu zespołu, analizowaniu góry, obserwowaniu lawin, czekaniu na właściwy moment i podejmowaniu decyzji, od których zależy życie. Andrzej Bargiel tłumaczy, dlaczego w górach najwyższych odwaga nie polega na podejmowaniu ryzyka, lecz na konsekwentnym odrzucaniu sytuacji, których nie da się bezpiecznie kontrolować. To rozmowa, która rozprawia się z romantycznym obrazem himalaizmu jako sportu opartego wyłącznie na brawurze. Zamiast tego słyszymy o prognozach meteorologicznych, technologii, dronach wykorzystywanych podczas wypraw, komunikacji radiowej, logistyce i wieloletnim zdobywaniu doświadczenia. Bargiel pokazuje, że największym sprzymierzeńcem ekstremalnych osiągnięć jest cierpliwość.Zjazd z Nanga Parbat jest częścią projektu Andrzeja i jego teamu pod łacińską nazwą „Hic Sunt Leones” (Tu są lwy), dzięki któremu jako pierwszy człowiek zjechał na nartach ze wszystkich pięciu ośmiotysięczników Pakistanu. Opowiada, jak zrodził się ten pomysł, dlaczego musiał nauczyć się budowania partnerstw biznesowych, organizowania wypraw i tworzenia zespołu, który od kilkunastu lat pracuje razem w najwyższych górach świata. W rozmowie nie brakuje tematów, o których mówi się znacznie rzadziej. Pakistan widziany oczami alpinisty okazuje się miejscem pełnym kontrastów - zachwycającym, ale jednocześnie naznaczonym biedą, wykluczeniem i historiami ludzi, którym czasem wystarczy niewielka pomoc, by uratować zdrowie lub życie.To także rozmowa o zaufaniu. Do partnerów, do własnego doświadczenia i do intuicji. O tym, dlaczego dobiera ludzi nie według sportowych rankingów, ale charakteru. O tym, jak zachować spokój, gdy cała ekipa przez radio przekonuje, żeby zawrócić, a ty wiesz, że właśnie teraz jest właściwy moment na zjazd. Jak zmienił się współczesny himalaizm? Czy nowoczesny sprzęt i lżejsze butle tlenowe ułatwiają zdobywanie ośmiotysięczników? Czy media społecznościowe stały się dziś równie ważnym elementem wypraw jak przygotowanie sportowe? Jak finansuje się projekty kosztujące setki tysięcy złotych i dlaczego sam Bargiel przez lata musiał stworzyć własny model funkcjonowania poza systemem?Zapraszamy do wysłuchania najnowszego odcinka podcastu Zwierciadła z Andrzejem Bargielem.
  • „Książki były moją rodziną, moją kochającą ciepłą rodziną”. Kasia Miller poleca lektury na „dobrą samotność” | „Przerwa na kawę z Kasią Miller 6” odc. 6 10.07.2026 58min
    - Książki były moimi rodzicami, rodzeństwem. Książki były moją rodziną, moją kochającą ciepłą rodziną - mówi słynna psycholożka w 6. odcinku, 6. sezonu „Przerwy na kawę z Kasią Miller”. Bo czasem najlepszą rozmowę odbywamy z autorem, którego nigdy nie poznaliśmy. Czasem jedna powieść pomaga zrozumieć siebie bardziej niż dziesiątki porad. Joanna Olekszyk, redaktorka naczelna „Zwierciadła”,rozmawia z Katarzyną Miller o książkach, które wychowują, leczą samotność, uczą odwagi i pokazują, jak zmienia się nasze rozumienie miłości. Rozmowa okazuje się nie tylko podróżą przez literaturę, lecz także opowieścią o dojrzewaniu człowieka.Romans z bohaterem, który nie istniejeCzy książki wpływają na nasze wybory uczuciowe? Pytanie Joanny Olekszyk o literackie zauroczenia otwiera fascynujący wątek dotyczący romantycznych wzorców.Miller przyznaje z uśmiechem, że przez lata żaden prawdziwy mężczyzna nie zrobił na niej takiego wrażenia jak Rhett Butler z „Przeminęło z wiatrem”. Jak mówi, „chyba nie ma faceta, który by mi się bardziej podobał niż Butler”. Literaccy bohaterowie bywają przecież idealnymi projekcjami naszych pragnień – błyskotliwi, odważni, tajemniczy, nieosiągalni.Rozmowa szybko schodzi jednak z poziomu romantycznych westchnień na znacznie poważniejszy grunt. Joanna Olekszyk przywołuje książkę „Mit Darcy’ego”, której autorka przekonuje, że kult nieprzystępnych bohaterów mógł wpłynąć na sposób, w jaki kobiety postrzegały relacje z mężczyznami. Miller odpowiada bez wahania, zauważając, że wiele klasycznych historii wysyłało kobietom bardzo niebezpieczny komunikat. Jak podkreśla, „te książki trochę nam mówiły: znoś to”.Wielcy pisarze wiedzą więcejNajlepsza literatura nie moralizuje. Raczej wyprzedza swoją epokę i pozwala dostrzec zjawiska, których współcześni jeszcze nie potrafią nazwać. Miller nie ma wątpliwości, że „dobrzy pisarze wyprzedzają epoki”. Dlatego klasyka nie starzeje się mimo zmieniających się czasów. Prawdziwie wielkie książki wciąż prowokują do zadawania tych samych pytań: kim jesteśmy, czego się boimy, dlaczego kochamy właśnie tak.Psycholożka wspomina swoje literackie fascynacje, podkreślając, że poważne czytanie zaczęła od francuskich pisarzy, między innymi François Mauriaca. Fascynowała ją złożoność ludzkiej natury obecna również u Grahama Greene’a. Jednocześnie zwraca uwagę na niezwykle ciekawy mechanizm psychologiczny. Czytając lub oglądając historie, zawsze wydobywamy z nich przede wszystkim to, co w danym momencie najbardziej dotyczy naszego życia. W języku psychologii Gestalt właśnie ten motyw staje się figurą, podczas gdy cała reszta pozostaje jedynie tłem.Dlatego dwudziestoletni czytelnik i sześćdziesięcioletnia czytelniczka mogą zachwycić się tą samą powieścią z zupełnie innych powodów.Dlaczego warto wracać do klasykiW świecie krótkich filmów i błyskawicznych informacji klasyczna literatura wymaga cierpliwości. Nagrodą okazuje się jednak głębsze rozumienie świata.Między Balzakiem a GreyemLiteracki gust nie musi być zamknięty w sztywnych ramach. Obok klasyki może znaleźć się także popularna powieść, jeśli potrafi powiedzieć coś o ludzkich pragnieniach.Miller z charakterystycznym dystansem wspomina lekturę „Pięćdziesięciu twarzy Greya”. Przyznaje, że przeczytała książkę z przyjemnością, a zamiast oburzenia poczuła podziw dla autorki. Pomyślała bowiem: „co za niegłupia panienka, że spisała swoje fantazje i zarobiła miliony”. Poezja ma własną porę dniaKażdy czytelnik buduje własne rytuały. Dla Joanny Olekszyk poezja przypomina rześki zimowy poranek – pełen świeżości i skupienia. Katarzyna Miller wybiera zupełnie inny moment. Najchętniej sięga po wiersze wieczorem albo jesienią, kiedy świat zwalnia, a cisza pozwala usłyszeć więcej.Może właśnie dlatego książki pozostają naszymi najwierniejszymi przyjaciółmi. Nie narzucają tempa, nie oceniają i nie przerywają.
  • „Nietolerancja biustonosza”, „zamrożony bark”, wypadanie włosów – Anna Kopańczyk o nietypowych objawach menopauzy | „Ukryte piękno”. odc. 29 10.07.2026 54min
    „Najmłodsza pani, która przyszła do mnie z menopauzą, miała 35 lat” – mówi dietetyczka Anna Kopańczyk. W rozmowie z Magdaleną Kuszewską w podcaście „Ukryte piękno” obala jeden z najbardziej szkodliwych mitów dotyczących kobiecego zdrowia: menopauza nie jest wydarzeniem zarezerwowanym dla późnej dojrzałości. Potrafi zaskoczyć znacznie wcześniej i daje objawy, których wiele kobiet w ogóle z nią nie kojarzy. Wypadające włosy, pieczenie jamy ustnej, „zamrożony bark”, nagła nietolerancja biustonosza czy nasilające się stany zapalne organizmu często pozostają zagadką, choć mają wspólne źródło – zmieniającą się gospodarkę hormonalną.Włosy jako pierwszy sygnał zmianAnna Kopańczyk zwraca uwagę, że podczas menopauzy pojawiają się trzy charakterystyczne problemy. Jednym jest rozlane wypadanie włosów na całej głowie. Drugim – typowe dla zmian hormonalnych przerzedzenie w środkowej części głowy, określane jako kobiecy wzór łysienia. Trzecim stają się coraz cieńsze, delikatniejsze włosy, które tracą dawną objętość. Jak podkreśla ekspertka, właśnie tego rodzaju łysienia androgenowego doświadcza od 20 do nawet 50 procent kobiet przed sześćdziesiątym rokiem życia.Paradoks polega na tym, że wiele pacjentek słyszy, iż poziom testosteronu pozostaje prawidłowy. Mimo tego włosy nadal wypadają. Jak wyjaśnia Anna Kopańczyk, przyczyną okazuje się spadek estrogenów, który zwiększa wrażliwość mieszków włosowych na działanie testosteronu. Problem nie wynika więc wyłącznie z poziomu hormonów, ale również z tego, jak organizm zaczyna na nie reagować.Menopauza nie kończy się na uderzeniach gorącaLista objawów menopauzy jest znacznie dłuższa, niż większość z nas przypuszcza. Wiele kobiet przez lata szuka pomocy u różnych specjalistów, nie wiedząc, że wszystkie dolegliwości mogą mieć wspólne podłoże.Jednym z najbardziej zaskakujących przykładów pozostaje zespół pieczenia jamy ustnej. Anna Kopańczyk przyznaje, że sama początkowo uważała go za rzadkość. Sytuacja zmieniła się, kiedy opublikowała materiał na ten temat. Odezwały się do niej liczne kobiety, które od dawna zmagały się z identycznym problemem, nie znajdując wyjaśnienia swoich objawów.Podobnie wygląda historia tak zwanego zamrożonego barku. Dolegliwość objawia się stopniową utratą ruchomości stawu bez wyraźnej przyczyny urazowej. Leczenie bywa długie i wymagające cierpliwości, ponieważ objawy mogą utrzymywać się nawet przez dwa lub trzy lata.Dieta, która wycisza stan zapalnyZmiany hormonalne wpływają nie tylko na wygląd, ale również na funkcjonowanie całego organizmu. Estrogen wykazuje działanie przeciwzapalne. Gdy jego poziom spada, łatwiej dochodzi do nasilenia przewlekłego stanu zapalnego, który może sprzyjać rozwojowi osteoporozy, insulinooporności czy bolesnego zamrożonego barku.Styl odżywiania ma tutaj ogromne znaczenie. Anna Kopańczyk podkreśla, że dieta przeciwzapalna zaczyna się od ograniczania produktów nasilających stan zapalny, a następnie opiera się na zdrowych tłuszczach, dużej ilości warzyw, owoców i roślin strączkowych. Nie chodzi o chwilową modę, lecz o sposób żywienia, który wspiera organizm każdego dnia.Wiedza zamiast wstyduRozmowa Magdaleny Kuszewskiej i Anny Kopańczyk pokazuje, że menopauza przestaje być tematem przemilczanym. Coraz więcej kobiet szuka wiedzy zamiast prostych recept i oczekuje odpowiedzi opartych na nauce, a nie na stereotypach.Taką rolę pełni również książka „Menopauza. Instrukcja obsługi”, której autorką jest Anna Kopańczyk. Publikacja w przystępny sposób wyjaśnia, co dzieje się z kobiecym organizmem na kolejnych etapach menopauzy, pomaga zrozumieć mechanizmy stojące za często zaskakującymi objawami i podpowiada, jak poprzez dietę, styl życia oraz codzienne wybory wspierać zdrowie i dobre samopoczucie. Zamiast straszyć zmianami, daje poczucie sprawczości i pokazuje, że menopauza nie oznacza utraty jakości życia, lecz początek nowego etapu, do którego można dobrze się przygotować.
  • „Nic tak nie czyści głowy jak rower”. Alicja Cieloch o tym, że rower elektryczny nie jedzie sam i zmienia sposób podróżowania | Wszystkimi zmysłami 10.07.2026 49min
    „Rower zmienił moje podróże” – przyznaje Alicja Cieloch. Trudno o lepszy punkt wyjścia do rozmowy o dwóch kółkach, które coraz częściej wywołują skrajne emocje. Jedni widzą w rowerze elektrycznym przyszłość aktywnej mobilności, inni wciąż traktują go jak gadżet dla leniwych. W podcaście „Wszystkimi zmysłami” Monika Sobień-Górska rozmawia z podróżniczką o stereotypach, które nie mają wiele wspólnego z rzeczywistością, o podróżach poza utartym szlakiem i o tym, dlaczego właśnie rower pozwala najpełniej doświadczać świata. Sponsorem podcastu jest Bosch eBike Systems.Samolot skraca dystans, samochód przyspiesza, pociąg pozwala wygodnie przemieszczać się między miastami. Rower robi coś zupełnie innego – zamienia drogę w najważniejszą część podróży. Właśnie dlatego coraz więcej osób odkrywa, że liczy się nie tylko cel, ale także tempo, w jakim poznajemy świat.Jak podkreśla Alicja Cieloch, „zupełnie inaczej odbieramy miejsce, jeśli jedziemy do niego klasycznym środkiem transportu, a inaczej, jak pokonujemy tę drogę rowerem i siłą własnych nóg”. Właśnie wtedy krajobraz przestaje być widokiem zza szyby. Zaczyna pachnieć, zmienia temperaturę, hałasuje albo wycisza. Pozwala zatrzymać się tam, gdzie nie zatrzymują się wycieczki.Tak rodzi się prawdziwa bliskość z miejscem. Jak mówi podróżniczka, dzięki rowerowi docieramy do zakątków, które nigdy nie trafiają na okładki przewodników. Pozostają unikalne, odkrywane na własnych zasadach i zapisują się w pamięci znacznie mocniej niż najbardziej popularne atrakcje.Dlaczego wokół rowerów elektrycznych narosło tyle mitów?Moda na e-bike’i rośnie z roku na rok. Wraz z nią rośnie również liczba opinii, które często niewiele mają wspólnego z faktami. Alicja Cieloch przyznaje, że właśnie ciekawość stała się początkiem jej własnych poszukiwań. Jak wspomina, „zainteresowałam się rowerem elektrycznym, bo zaciekawiło mnie, skąd się biorą stereotypy na jego temat”.Jakie są najczęściej powtarzane mity? Pierwszy mówi, że rower elektryczny przeznaczony jest wyłącznie dla seniorów. Drugi – że właściwie jedzie sam. Alicja bez wahania rozprawia się z obydwoma przekonaniami, przypominając, że użytkownik cały czas musi pedałować. Silnik jedynie wspiera wysiłek, a konstrukcje wyposażone w napęd Boscha pomagają wyłącznie do prędkości 25 km/h. Nie mają więc nic wspólnego z motorowerami czy pojazdami kojarzonymi z dostawcami jedzenia.Różnica wydaje się fundamentalna, choć w publicznej dyskusji często bywa pomijana.Czy na rowerze elektrycznym można się zmęczyć?Wielu sceptyków uważa, że wspomaganie odbiera aktywności fizycznej sens. W praktyce wygląda to zupełnie inaczej.E-bike nie eliminuje wysiłku. Pozwala jedynie lepiej nim zarządzać. Dzięki temu łatwiej pokonywać długie podjazdy, planować ambitniejsze trasy czy podróżować przez wiele kolejnych dni bez przeciążania organizmu. Organizm nadal pracuje, mięśnie wykonują swoją pracę, a serce utrzymuje wysiłek na odpowiednim poziomie.Jednocześnie pozostaje jeszcze jeden aspekt, którego nie da się zmierzyć liczbą spalonych kalorii. Alicja przypomina, że „nic tak nie czyści głowy jak rower”. Kilkadziesiąt kilometrów spokojnej jazdy potrafi uporządkować myśli skuteczniej niż niejeden weekendowy wyjazd do SPA. Równy rytm pedałowania działa jak medytacja w ruchu, a kontakt z naturą pozwala odzyskać koncentrację i zwyczajnie odetchnąć.Wolność wymaga rozsądkuKażdy, kto inwestuje w dobry rower, prędzej czy później zaczyna myśleć o bezpieczeństwie. Monika Sobień-Górska pyta więc również o praktyczną stronę podróżowania.Alicja stawia na rozwiązania, które realnie zwiększają szanse na uniknięcie kradzieży. Poleca solidny, gruby łańcuch oraz nowoczesne systemy alarmowe wysyłające powiadomienie na telefon, gdy z rowerem dzieje się coś niepokojącego. Jednocześnie zwraca uwagę na różnice kulturowe. W Niemczech czy Austrii mieszkańcy często zostawiają rowery przed sklepami bez dodatkowych zabezpieczeń. Sponsorem podcastu jest Bosch eBike Systems.
  • „Piłka nożna jest związana z łzami. Płaczesz, kiedy wygrywasz, ale też, kiedy przegrywasz”. O emocjach w sporcie rozmawiamy z Mateuszem Święcickim | „Krótka piłka” odc. 1 09.07.2026 49min
    Mateusz Święcicki - dziennikarz, reporter sportowy oraz komentator lig europejskich, w tym Bundesligi, La Ligi i Serie A w kanale Eleven Sports. Przede wszystkim jednak: absolutny pasjonat piłki nożnej. Jego głosu nie sposób pomylić z żadnym innym. Cechuje go ogromna wiedza, niezwykła charyzma i emocjonalny stosunek do sportu. I te właśnie emocje czuć w każdym komentowanym przez niego meczu. Swoje sportowe serce oddał włoskiemu klubowi AC Milan, ale równie mocno kibicuje hiszpańskiej Valencii.Skąd ta miłość do piłki nożnej?„Jest rok 1994. Oglądam finał Ligi Mistrzów. Milan wygrywa z Barceloną 4:0, a ja zakochuję się w piłce nożnej. Zobaczyłem coś co dla mnie było porywające. To całe teatrum, finał Ligii Mistrzów, ten puchar. Dziecko pożera świat wzrokiem, pożera świat emocjami, widzi coś, co jest piękne, interesujące, przepełnione radością jednych, dramatem drugich… Ja już wiedziałem, że to jest początek romansu na całe życie”. – mówi dziennikarz w nowym odcinku podcastu „Zwierciadła” pt. „Krótka piłka”.Łzy, determinacja, pasjaTrwa właśnie Mundial 2026, a kibice nie mogą oderwać się od związanych z nim sportowych emocji. Rozgrywki po raz pierwszy odbywają się w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie i Meksyku, więc różnice czasowe powodują, że najbardziej wierni kibice oglądają mecze nocami. Co jest takiego w tym sporcie, że z zapartym tchem śledzimy tę rywalizację i z zaciekawieniem wyczekujemy finału, by zobaczyć, która reprezentacja podniesie upragniony puchar?Dlaczego piłka nożna daje tyle radości, łączy ludzi i pozwala poszerzyć horyzonty? O emocjach, na boisku, kulisach pracy komentatora, powodach, dla których w sporcie pojawiają się łzy, a także o rozwoju kobiecego futbolu, rozmawiamy w tym odcinku podcastu „Zwierciadła” z Mateuszem Święcickim w roli głównej. 
  • „Nie chciałem być ani aktorem ani dyrektorem”. Wojciech Malajkat o roli przypadku i gdzie zaczyna się władza | „Mężczyzna jest człowiekiem”, odc. 18 08.07.2026 38min
    „Często słyszę, czemu pan dyrektor podnosi śmieci albo meble przestawia od tego są rekwizytorzy, odpowiadam: szkoda na to czasu” – mówi Wojciech Malajkat w rozmowie z Beatą Biały w podcaście „Mężczyzna jest człowiekiem”. Aktor nie proponuje gotowych recept na życie ani definicji męskości. Opowiada o kosztach emocjonalnych zawodu aktora i o tym, dlaczego prawdziwy autorytet nie zaczyna się od stanowiska.Debata o współczesnej męskości często przypomina pole bitwy. Jedni przekonują, że mężczyźni przeżywają kryzys, inni próbują zbudować ich nową definicję. Wojciech Malajkat proponuje znacznie prostszą perspektywę. Zamiast zastanawiać się, jaki powinien być mężczyzna, warto najpierw odpowiedzieć sobie na pytanie, jakim chce się być człowiekiem.Aktor wraca do doświadczeń, które ukształtowały jego sposób patrzenia na świat. Wspominając ojca, podkreśla, że właśnie od niego nauczył się cierpliwości. Jak mówi, ojciec pochodził z Prus, założył rodzinę i dbał o nią, pokazując swoim życiem, że odpowiedzialność nie potrzebuje wielkich deklaracji. Właśnie takie codzienne postawy zostają z człowiekiem na lata i okazują się ważniejsze od najbardziej efektownych przemówień.Podobnie brzmi przesłanie, które dziś przekazuje młodym ludziom. Malajkat przyznaje, że spośród wszystkich rad najważniejsza jest jedna – „bądźcie ludźmi”. W kilku prostych słowach zawiera się cała filozofia relacji, pracy i odpowiedzialności za innych.Życie pisze najlepsze scenariuszeHistoria Wojciecha Malajkata pokazuje również, jak niewiele da się przewidzieć. Kariera, z którą dziś jest kojarzony przez miliony widzów, wcale nie była jego planem.Aktor z uśmiechem przyznaje, że aktorem został z przypadku, bo początkowo marzył o zupełnie innej drodze zawodowej. Chciał uczyć geografii i języka polskiego, przekazywać wiedzę, inspirować młodych ludzi i budować z nimi relację. Paradoksalnie właśnie to pragnienie pozostało z nim do dziś. Nawet stojąc na scenie czy prowadząc studentów szkoły teatralnej, wciąż pozostaje nauczycielem – tylko zamiast map i lektur wykorzystuje teatr oraz własne doświadczenie.Historia Malajkata przypomina, że największe życiowe zwroty często przychodzą wtedy, gdy najmniej się ich spodziewamy. Sukces nie zawsze rodzi się z precyzyjnego planu. Czasami wystarczy odwaga, by zaufać przypadkowi.Cena emocjiJednym z najbardziej poruszających momentów rozmowy jest pytanie Beaty Biały o emocjonalny koszt zawodu aktora. W czasach, gdy coraz częściej mówi się o wypaleniu zawodowym i zdrowiu psychicznym, temat wybrzmiewa szczególnie mocno.Malajkat odpowiada z charakterystycznym spokojem. Nie ucieka od odpowiedzialności za emocje, które przeżywa na scenie, ale też nie przedstawia ich jako ciężaru nie do udźwignięcia. Jak podkreśla, jest zdrowy psychicznie i nie ma problemu z tym, że ponosi te koszty, ponieważ widzi, że publiczność przeżywa je razem z nim. Właśnie na tym polega istota teatru – emocje nie należą wyłącznie do aktora. Stają się wspólnym doświadczeniem ludzi siedzących po obu stronach sceny.Władza nie zaczyna się od gabinetuRozmowa schodzi również na temat zarządzania i autorytetu. Wojciech Malajkat od lat pełni funkcje kierownicze, dlatego dobrze zna mechanizmy, które budują hierarchie.Nie zgadza się jednak z przekonaniem, że stanowisko automatycznie daje człowiekowi wyjątkowy status. Jak zauważa, to ludzie budują władzę i stereotyp władzy, dlatego często spotyka się z reakcjami w rodzaju: „Dlaczego pan dyrektor podnosi śmieci albo przestawia meble? Przecież od tego są rekwizytorzy.” Dla niego podobne myślenie nie ma sensu. Odpowiada krótko: „Szkoda na to czasu.”W kilku słowach kryje się ważna lekcja o przywództwie. Autorytet nie rodzi się z dystansu ani z przekonania o własnej wyjątkowości. Powstaje wtedy, gdy lider nie boi się wykonywać tych samych czynności co pozostali i nie buduje swojej pozycji na symbolicznych przywilejach.
  • „Remont to jest krew, pot i łzy. Nie bez powodu wykończeniówka nazywa się tzw. wykończeniówką”. Jak urządzić dom, który naprawdę daje ukojenie? | Wszystkimi zmysłami 03.07.2026 1h 2min
    „Zaczynamy często od końca, bo nie kolory i design, a nasz komfort są najważniejsze” – mówi Monika Sobień-Górska w najnowszym odcinku podcastu „Wszystkimi zmysłami”. W rozmowie z Mają Ganszyniec, projektantką produktu oraz Malwiną Luto, dyrektorką kreatywną marki Porta, pada wiele odpowiedzi na pytanie, które zadaje sobie dziś coraz więcej osób: jak stworzyć wnętrze piękne, ale przede wszystkim wspierające codzienne życie? Sponsorem odcinka jest producent drzwi Porta.Urządzanie mieszkania jeszcze nigdy nie było tak inspirujące i jednocześnie tak trudne. Media społecznościowe codziennie podsuwają nowe trendy, a zdjęcia perfekcyjnych wnętrz sprawiają, że łatwo zapomnieć, dla kogo właściwie projektujemy własny dom.Dom powinien wyglądać jak... myZdaniem Mai Ganszyniec pierwszy krok powinien być zaskakująco prosty. Zanim zaczniemy wybierać kolory ścian, meble czy dodatki, warto odpowiedzieć sobie na pytanie: czego naprawdę potrzebujemy. Jak podkreśla projektantka, kluczowe jest określenie, czy bardziej zależy nam na estetyce, czy na komforcie i ergonomii codziennego życia.Właśnie dlatego coraz większą rolę odgrywają projektanci wnętrz. Nie jako kreatorzy modnych przestrzeni, lecz przewodnicy pomagający odkryć własne potrzeby. Jak zauważa Malwina Luto, dobry projektant jest jednocześnie dobrym psychologiem – słucha, obserwuje i rozumie styl życia swoich klientów. Bez tej wiedzy nawet najpiękniejsze wnętrze może okazać się niewygodne.Pięć zmysłów w służbie dobrego życiaPrzestrzeń oddziałuje na nas nieustannie. Wpływa na nastrój, poziom stresu, koncentrację i jakość odpoczynku. Kolory, światło, faktury materiałów czy akustyka wnętrza działają na zmysły znacznie mocniej, niż zwykle przypuszczamy.Nieprzypadkowo biel pozostaje najpopularniejszym wyborem Polaków. Jak zauważa Maja Ganszyniec, wielu osobom daje poczucie bezpieczeństwa, ponieważ pasuje niemal do wszystkiego i pozwala łatwo zmieniać charakter wnętrza dodatkami.Wykończeniówka nie bez powodu ma taką nazwęKażdy, kto choć raz remontował mieszkanie, wie, że teoria i praktyka często się rozmijają. Maja Ganszyniec nie idealizuje tego procesu. Jak przyznaje, „wykończeniówka” nie bez powodu kojarzy się z ogromnym wysiłkiem i emocjami. Krew, pot i łzy bywają nieodłączną częścią budowania wymarzonego domu.Dlatego coraz większego znaczenia nabiera myślenie długoterminowe. Wybory podejmowane podczas remontu powinny uwzględniać nie tylko obecne potrzeby, ale również przyszłość. Dobrym przykładem są nowoczesne, wodoodporne ościeżnice, które znacznie lepiej znoszą codzienne użytkowanie i upływ czasu.Podobną perspektywę prezentuje Malwina Luto. Jej zdaniem największym błędem jest oszczędzanie na elementach bazowych wnętrza. Drzwi, które robią znacznie więcejJeszcze niedawno traktowaliśmy drzwi wyłącznie jako element techniczny. Dziś stają się integralną częścią aranżacji wnętrz i narzędziem poprawiającym jakość życia.Jak podkreśla Malwina Luto, współczesne drzwi mogą pełnić wiele funkcji. W niewielkich mieszkaniach warto wykorzystać ich powierzchnię do zamontowania lustra, które optycznie powiększy przestrzeń. Coraz większą popularnością cieszą się także rozwiązania poprawiające akustykę.Zmienił się bowiem sposób, w jaki korzystamy z mieszkań. Praca zdalna sprawiła, że dom stał się jednocześnie biurem, szkołą i miejscem odpoczynku. Dom przyjazny zwierzętomDobre projektowanie zawsze uwzględnia codzienne rytuały mieszkańców. Również tych czworonożnych. Malwina Luto zwraca uwagę, że właściciele zwierząt coraz częściej wybierają trwalsze okleiny odporne na zadrapania. Pojawiają się także praktyczne rozwiązania, takie jak specjalne przejścia w drzwiach umożliwiające kotom czy psom samodzielne korzystanie z pomieszczeń.Piękno pozostaje ważne. Komfort jednak sprawia, że do domu naprawdę chce się wracać.Sponsorem odcinka jest producent drzwi Porta.
  • „Żyłem siłą rozpędu, życiem hedonisty, który wchodził w różne dziwne związki”. Robert Rutkowski o tym, kiedy zaczyna się drugie życie | „Mężczyzna jest człowiekiem”, odc. 17 02.07.2026 1h 3min
    „Na depresję zapadają nie ci, którzy są słabi, ale ci, którzy zbyt długo byli silni” – mówi Robert Rutkowski w rozmowie z Beatą Biały. Pedagog i psychoterapeuta opowiada o męskości bez pozowania, o życiu, które zmieniły śmierć rodziców i narodziny syna, o kłamstwie, alkoholu, odpowiedzialności oraz odwadze zaczynania od nowa. Powstaje opowieść daleka od internetowych poradników dla „prawdziwych facetów”. Znacznie bliżej jej do szczerego rachunku sumienia i rozmowy o tym, dlaczego mężczyzna, zanim stanie się partnerem, ojcem czy liderem, musi najpierw stać się człowiekiem.Debata o męskości od lat przypomina przeciąganie liny. Z jednej strony pojawiają się wezwania do powrotu „twardych facetów”, z drugiej – oczekiwanie, by mężczyzna wreszcie nauczył się mówić o emocjach. Robert Rutkowski proponuje zupełnie inną perspektywę. Nie szuka definicji w mediach społecznościowych ani w popkulturze. Szuka jej w relacjach.Męskość nie rodzi się z siłyJak sam podkreśla, męskość nie istnieje bez kobiecości, ponieważ dopiero spotkanie z drugim człowiekiem pozwala naprawdę zrozumieć siebie. W jego rozumieniu nie oznacza dominacji ani przewagi. Męskość jest odpowiedzialnością i opiekuńczością, gotowością do niesienia ciężaru za siebie i tych, których kochamy.Rutkowski przyznaje również, że dojrzewanie mężczyzny przebiega inaczej niż dojrzewanie kobiety. Zauważa, że kobieta raczej od razu wie, czego chce, a mężczyzna musi to odkryć, często popełniając wiele błędów i płacąc za nie wysoką cenę.Życie hedonisty kończy się tamRozmowa z Beatą Biały ma również bardzo osobisty wymiar. Rutkowski nie buduje wizerunku człowieka, który od zawsze wiedział, jak żyć. Wręcz przeciwnie – otwarcie mówi o własnych doświadczeniach.Przyznaje, że „żyłem siłą rozpędu, życiem hedonisty i utracjusza, który wchodził w różne związki z kobietami i mężczyznami”, a droga do obecnego życia prowadziła przez chaos, błędne decyzje i bolesne konsekwencje.Jednocześnie zaznacza, że już przed trzydziestką odkrył jedną z najważniejszych życiowych prawd – wiedział, czego nie chce. Paradoksalnie właśnie odrzucenie dawnych schematów stało się początkiem świadomego budowania własnego życia.Rutkowski nie ukrywa również własnych słabości. „Nie jestem człowiekiem bez grzechu, mam dużo do przepracowania” – mówi, przypominając, że rozwój nie polega na osiągnięciu doskonałości, lecz na gotowości do ciągłego przyglądania się sobie.Drugie życie zaczyna się przy krawędziNajmocniejsze fragmenty rozmowy dotyczą śmierci. Pedagog i psychoterapeuta opowiada o momencie, w którym człowiek nagle uświadamia sobie własną skończoność. Jak mówi, u niektórych mężczyzn pojawia się olśnienie, że mamy tylko dwa życia i pytanie, kiedy zaczyna się to drugie. Drugie zaczyna się wtedy, gdy uświadamiamy sobie, że mamy tylko jedno. Najczęściej dzieje się to dopiero wtedy, gdy zbliżamy się do krawędzi, gdzie jest ciemność i otchłań. W jego przypadku takim doświadczeniem była śmierć rodziców.Dopiero po odejściu ojca i matki zrozumiał, jak złudne bywają słowa wypowiadane przez terapeutów czy bliskich. Wspomina, że wcześniej mówił pacjentom: „wiem, co czujesz”, choć dzisiaj wie, że bez własnego doświadczenia straty pozostaje to jedynie wyobrażeniem. Prawdziwa empatia nie rodzi się z wiedzy, lecz z przeżycia.Historia jego rodziców również mogłaby stać się scenariuszem filmu. Kilkakrotnie się rozwodzili, wracali do siebie i ponownie zawierali małżeństwo, ostatni raz zaledwie kilka miesięcy przed śmiercią ojca. Po jego odejściu matka powiedziała zdanie, które zostało z nim na zawsze: „Pamiętaj, śmierć może dawać owoce.”Dzisiaj właśnie przez ten pryzmat patrzy na czas. Powtarza, że wszystko możemy kupić poza czasem, a najmocniej uświadomiły mu to dwa wydarzenia – śmierć ojca i narodziny drugiego syna.Dom zaczyna się od stołuRutkowski od lat pracuje z ludźmi przeżywającymi kryzysy. Jedno z pierwszych pytań, jakie zadaje swoim klientom, wielu osobom wydaje się zaskakujące.
  • „Wmawia się nam: macie się pilnować, jesteście delikatne”. Czy bycie niegrzeczną jest formą buntu? | „Przerwa na kawę z Kasią Miller 6” odc. 5 25.06.2026 43min
    „Niegrzeczni kochają wolność” – mówi Katarzyna Miller w najnowszym odcinku podcastu „Przerwa na kawę”. W rozmowie z Joanną Olekszyk psycholożka rozprawia się z jednym z najbardziej trwałych stereotypów dotyczących kobiet. Grzeczność, która miała być zaletą, często okazuje się narzędziem kontroli. Niegrzeczność natomiast bywa pierwszym krokiem do wolności, autentyczności i życia na własnych zasadach.Grzeczne dziewczynki idą...Od najmłodszych lat dziewczynki słyszą, że powinny być miłe, spokojne i rozsądne. Mają nie sprawiać kłopotów, nie wychylać się i nie zajmować zbyt dużo miejsca. W efekcie wiele kobiet dorasta z przekonaniem, że ich wartość zależy od tego, czy spełniają oczekiwania innych.Joanna Olekszyk zwraca uwagę na paradoks, który wciąż funkcjonuje w społecznej świadomości: „Mówi się: chłopców trzeba pilnować, a dziewczynki muszą się pilnować”. Różnica wydaje się subtelna, ale niesie ze sobą ogromny ciężar. Chłopcom wybacza się więcej, dziewczynki od początku uczone są samokontroli.Katarzyna Miller nie ma wątpliwości, że taki model wychowania pozostawia ślad na całe życie. Jak zauważa, kobietom przez lata powtarzano: „Nam się wmawia: macie się pilnować, jesteście delikatne. To wszystko bardzo krzywdzące”. Za pozorną troską często kryje się bowiem ograniczanie sprawczości i tłumienie naturalnej potrzeby wyrażania siebie.Niegrzeczność jako akt odwagiW języku codziennym słowo „niegrzeczna” nadal brzmi jak zarzut. W rozmowie z Joanną Olekszyk Katarzyna Miller proponuje jednak zupełnie inne spojrzenie. Według niej niegrzeczność nie musi oznaczać braku kultury czy szacunku dla innych.Psycholożka podkreśla, że „niegrzeczność to forma buntu. Niegrzeczność jest kolorowa”. Kryje się w niej energia zmiany, gotowość do przekraczania narzuconych granic i odwaga, by nie podporządkowywać się każdemu oczekiwaniu otoczenia.Kolorowa niegrzeczność nie polega na ranieniu innych. Oznacza raczej zgodę na własne zdanie, własne potrzeby i własne wybory. Czasem przybiera postać odmowy. Innym razem jest decyzją o zmianie pracy, zakończeniu niesatysfakcjonującej relacji albo wyrażeniu opinii, która nie spodoba się wszystkim.W takim ujęciu niegrzeczność staje się nie przeciwieństwem dobrego wychowania, lecz warunkiem dojrzałej wolności.Kobiece ciało pod społeczną kontroląPresja dotycząca zachowania nie jest jedynym narzędziem dyscyplinowania kobiet. Równie silnie oceniany bywa wygląd. Joanna Olekszyk zauważa, że „kobiety się dyscyplinuje też naszym wyglądem, gdy jesteśmy niedbale ubrane albo nieumalowane”.Codzienność wielu kobiet wciąż wypełniają niewypowiedziane oczekiwania. Trzeba wyglądać odpowiednio, zachowywać się odpowiednio i nieustannie zarządzać własnym wizerunkiem. Każde odstępstwo od normy może stać się pretekstem do oceny.Dlatego tak wyzwalająco brzmi refleksja redaktorki naczelnej „Zwierciadła”, że „czasem czerwona szminka, a czasem blade oko i też jesteś sobą wtedy”. Autentyczność nie potrzebuje przecież jednego obowiązującego kostiumu. Kobiecość nie mieści się w sztywnych ramach, a prawo do decydowania o własnym wyglądzie jest częścią osobistej wolności.Niegrzeczni kochają wolnośćW rozmowie pojawia się jeszcze jedna ważna myśl. Katarzyna Miller mówi wprost: „Niegrzeczni kochają wolność”. W tym jednym zdaniu zawiera się filozofia życia, która zachęca do większej odwagi wobec własnych pragnień.Wolność nie oznacza egoizmu ani ignorowania innych ludzi. Oznacza natomiast rezygnację z ciągłego dopasowywania się do cudzych oczekiwań. Wymaga zgody na to, że nie wszyscy będą zadowoleni z naszych decyzji.W świecie pełnym poradników uczących, jak być idealną partnerką, matką, pracowniczką czy liderką, słowa Miller brzmią jak przypomnienie o czymś fundamentalnym: życie nie jest egzaminem z poprawności. Dobrze wychowana i niegrzecznaNajciekawsze pytanie tego odcinka nie dotyczy jednak buntu. „Czy można być niegrzeczną będąc dobrze wychowaną?” – pyta Katarzyna Miller.
  • „Jeśli dziecko padło ofiarą hejtu, zbieramy dowody i od razu reagujemy”. Marta Majorczyk o tym, że przemoc w szkole zaczyna się od dokuczania | „Dylematy mamy i taty”, odc. 6 24.06.2026 59min
    „Dzieci częściej dokuczają tym rówieśnikom, którzy mają predyspozycje do bycia ofiarą przemocy. Warto zwracać uwagę, jaką dziecko ma mowę ciała, żeby było pewne siebie i głośno mówiło, co czuje” - mówi pedagożka i doradczyni rodzinna, Marta Majorczyk w podcaście „Dylematy mamy i taty”, który prowadzi Alina Gutek, zastępczyni redaktorki naczelnej „Zwierciadła”. Rozmowa pokazuje, że szkolne trudności rzadko zaczynają się od słabszych ocen. Znacznie częściej pierwszym sygnałem alarmowym staje się zachowanie, emocje albo ciało dziecka. Sponsorem odcinka jest Boiron.Rodzice często są przekonani, że jeśli dziecko nie narzeka, wszystko jest w porządku. Tymczasem ono bardzo długo próbuje radzić sobie same. Nie chce martwić dorosłych, boi się ich oceny albo zwyczajnie nie potrafi nazwać swoich emocji. Zamiast opowiedzieć o lęku czy samotności, zaczyna skarżyć się na ból brzucha, głowy, napięcie mięśni czy nawracające infekcje.Przede wszystkim trening społecznyParadoks współczesnego rodzicielstwa polega na tym, że chcąc chronić dzieci przed stresem, często odbieramy im możliwość zdobywania doświadczeń.Coraz lepiej widać to choćby w funkcjonowaniu dzienników elektronicznych. Rodzice wiedzą o szkolnych uwagach szybciej niż same dzieci zdążą wrócić do domu. Jak zauważa Alina Gutek, taki system nie sprzyja samodzielnemu rozwiązywaniu konfliktów.Marta Majorczyk opisuje sytuacje, które dziś stają się codziennością. Dziecko dostaje uwagę, rodzic odczytuje ją jeszcze w pracy i natychmiast wysyła wiadomość. Uczeń łamie zakaz korzystania z telefonu podczas lekcji, żeby wszystko wyjaśnić. „Nie róbmy tak. Dajmy dziecku wyjaśnić sytuację, gdy wróci do domu i poznajmy jego punkt widzenia” – apeluje psycholożka.Nieprzypadkowo dodaje również, że dziecko potrzebuje przede wszystkim treningu społecznego, a nie rodzica, który nieustannie interweniuje w jego imieniu.Jak buduje się odporność psychiczna?Rodzice często pytają, jak przygotować dziecko na hejt, wykluczenie czy przemoc rówieśniczą. Zdaniem Marty Majorczyk odporność psychiczna nie rodzi się podczas jednej poważnej rozmowy.„Dzieci powinny od małego umieć komunikować się odważnie zarówno w stosunku do rówieśników, jak i dorosłych” – podkreśla ekspertka. Pewność siebie buduje się poprzez codzienne doświadczenia. Samodzielne zakupy, poproszenie o pomoc sprzedawcy czy zapłacenie przy kasie bywają znacznie cenniejszym treningiem odwagi, niż mogłoby się wydawać.Psycholożka przypomina również, że przemoc bardzo często zaczyna się niewinnie. „Zaczyna się od dokuczania. Dzieci częściej dokuczają tym, które mają predyspozycje do bycia ofiarą przemocy” – mówi. Dlatego warto zwracać uwagę na mowę ciała dziecka, uczyć je głośnego komunikowania swoich granic oraz pomagać budować choć jedną bliską relację z rówieśnikiem, która daje poczucie bezpieczeństwa.Gdy pojawia się hejtPrzemocy nie wolno bagatelizować ani liczyć na to, że problem sam minie. Marta Majorczyk podkreśla, że jeśli dziecko padło ofiarą hejtu, należy zbierać dowody i reagować natychmiast. Przepisy dotyczące ochrony małoletnich dają dziś konkretne narzędzia działania. Jednocześnie szkoła powinna zadbać nie tylko o osobę pokrzywdzoną, ale również o sprawcę, próbując przerwać mechanizm przemocy.Najważniejszy wniosek z rozmowy pozostaje jednak prosty. Dziecko nie potrzebuje rodziców idealnych. Potrzebuje dorosłych, którzy potrafią słuchać, zauważają subtelne sygnały i nie uzależniają miłości od ocen w dzienniku. W świecie pełnym presji właśnie taka uważność okazuje się najlepszym wsparciem.Sponsorem odcinka jest Boiron.
  • „Nie mogę się do siebie dodzwonić". Gosia Ohme o problemach kobiet w tzw. drugim akcie życia | „Ukryte piękno”. odc. 27 23.06.2026 1h 6min
    „Nie mogę się do siebie dodzwonić” – to jeden z najczęstszych problemów kobiet na kręgach kobiecych: że ja już nie wiem, kim jestem, co czuję – mówi psycholożka Małgorzata Ohme w podcaście Ukryte piękno magazynu Zwierciadło. W rozmowie z Magdaleną Kuszewską opowiada o kobietach, które przez lata uczyły się spełniać oczekiwania innych, zapominając o własnych potrzebach. Dlaczego tak trudno uznać siebie za wystarczającą? Skąd bierze się lęk przed odrzuceniem? I dlaczego właśnie po czterdziestce wiele kobiet odzyskuje własny głos, także poprzez sposób ubierania się? Sponsorem odcinka jest marka bonprix, świętująca w tym roku swoje 40-lecie.Polska kultura przez dekady nagradzała kobiety za rezygnowanie z siebie. Opieka nad innymi, poświęcenie i gotowość do ratowania wszystkich stały się niemal społecznym obowiązkiem.Jak mówi Ohme, „jesteśmy naddające, poświęcające i ratujące. Tak nas społecznie i kulturowo, szczególnie w Polsce, wytresowano”. Jednocześnie słyszymy sprzeczne komunikaty: rozwijaj się, bądź niezależna, stawiaj granice, ale nie przesadzaj. Psycholożka trafnie podsumowuje ten paradoks słowami: „mamy szczególne męczeństwo i dajemy sprzeczny komunikat: bądź asertywna, ale nie za bardzo”.Największy lęk nie dotyczy porażkiZmiana nie jest trudna dlatego, że wymaga wysiłku. Znacznie trudniejsza okazuje się obawa przed reakcją otoczenia.Zdaniem Małgorzaty Ohme „najsilniejszy lęk w nas, który nas powstrzymuje, to lęk przed porzuceniem”. Dlatego kobiety tak często rezygnują z marzeń, nowych pasji czy odważniejszych decyzji.Psycholożka przywołuje historię swojej siostry, która po czterdziestce zaczęła tańczyć. Zamiast wsparcia spotkała się z odejściem wielu znajomych. Takie doświadczenia pokazują, że rozwój potrafi zachwiać dotychczasowym układem relacji. Drugi akt życia zaczyna się po czterdziestceRozmowa nieprzypadkowo dotyka kobiet dojrzałych. Właśnie wtedy wiele z nich przestaje żyć wyłącznie według cudzych scenariuszy.Jak zauważa Małgorzata Ohme, „pierwszy akt: bycie dla innych, drugi akt: to bycie dla siebie”. Nie oznacza egoizmu, lecz odzyskiwanie kontaktu z własnymi potrzebami. Psycholożka dodaje, że „budowanie tożsamości to eksperymentowanie z różnymi tożsamościami. Pierwszy taki moment przypada na dojrzewanie, a potem po 40.”Styl jako język, którym opowiadamy o sobieJednym z najbardziej zaskakujących wątków rozmowy okazuje się moda. Magdalena Kuszewska pyta, czy sposób ubierania może wspierać proces zmiany.Odpowiedź psycholożki jest jednoznaczna. „Ma ogromne znaczenie. To, jak się ubieram, ma ogromne znaczenie dla tego, jak wyrażam siebie i kogo do siebie zapraszam.” Ubranie przestaje być wyłącznie estetyką. Staje się komunikatem wysyłanym zarówno światu, jak i samej sobie.Nieprzypadkowo partnerem odcinka jest marka bonprix, która obchodzi w tym roku 40-lecie działalności. W czasach, gdy coraz więcej marek pokazuje kobiety w różnym wieku, z różnymi sylwetkami i historiami, moda coraz częściej przestaje być narzędziem oceniania, a zaczyna wspierać autentyczność.Godność, emocje i uznanie siebieW świecie pełnym porad dotyczących pewności siebie Małgorzata Ohme proponuje inne słowo – godność.Przypomina, że „godność pochodzi z duchowości i oznacza, że każdy przychodzi na świat jako wystarczający i kompletny”. Razem z nią otrzymujemy emocje, które pełnią funkcję strażników. Dlatego, jak podkreśla psycholożka, „smutek jest strażnikiem serca”, podobnie jak złość. Nie są przeszkodą, lecz sygnałem, że jakaś ważna potrzeba pozostaje niezauważona.Finał rozmowy przynosi prostą, ale niezwykle poruszającą odpowiedź na pytanie Magdaleny Kuszewskiej o uznanie siebie. Małgorzata Ohme mówi: „Ja uznaję siebie, dodzwoniłam się do siebie.”Być może właśnie o tym jest dojrzałość. Nie o perfekcji, nie o ciągłym poprawianiu siebie i nie o zdobywaniu kolejnych osiągnięć. Chodzi o moment, w którym kobieta zaczyna sprawdzać, czy naprawdę słyszy własny głos.Sponsorem odcinka jest marka bonprix.
  • „Szef jak robi coś źle, to przeprasza. Korony nie traci”. Czemu Anna Rulkiewicz nie lubi niedzieli i jak ropoznaje, że menadżer jest liderem? | „Ukryte piękno”. odc. 27 22.06.2026 53min
    „Większość spraw jest zdeterminowana przez nasze zachowanie. Trzeba być odważnym i realizować swoje marzenia” – mówi Anna Rulkiewicz, menedżerka z ponad 30-letnim doświadczeniem, autorka książka „Moc wartości. Przywództwo w świecie zmian” (Wydawnictwo Zwierciadło) i gościni podcastu „Ukryte piękno" prowadzonego przez Annę Augustyn-Protas. Rozmowa nie jest jednak kolejnym poradnikiem o sukcesie. Raczej próbą odpowiedzi na pytanie, czym dziś jest odpowiedzialne przywództwo, jak nie zgubić siebie w świecie nieustannych zmian i od czego zaczyna prawdziwy lider, gdy zaczyna pracować z ludźmi.Anna Augustyn-Protas pyta swoją rozmówczynię, Annę Rulkiewicz, która jest prezeską Grupy Lux Med, wiceprezydentką Konfederacji Lewiatan, prezeską Związku Pracodawcy dla Zdrowia, członkinią Rady Uczelni SGH, czy rzeczywiście coraz mniej osób chce obejmować wysokie stanowiska i brać na siebie odpowiedzialność. W końcu sama Anna Rulkiewicz zauważa, że lider bierze na siebie również lęki innych.Od „ja” do „my”Najciekawsze w tej rozmowie okazuje się odczarowanie samego pojęcia lidera. Anna Rulkiewicz nie traktuje przywództwa jako nagrody za zawodowy sukces. Opowiada o nim jak o procesie dojrzewania.Jak mówi, moment przełomowy następuje wtedy, gdy człowiek przestaje myśleć wyłącznie o własnej karierze, a zaczyna koncentrować się na zespole. Właśnie wtedy dokonuje się najważniejsza zmiana – przejście od „ja” do „zespołu”. Lider nie buduje swojej pozycji kosztem innych. Tworzy warunki, w których inni mogą rosnąć.Bliskość i dystans również nie wykluczają się w tym modelu zarządzania. Dobry szef słucha ludzi, zna ich potrzeby, pozostaje uważny na emocje, ale jednocześnie potrafi zrobić krok w tył. Dzięki temu daje przestrzeń do samodzielności i rozwoju, zamiast uzależniać współpracowników od własnych decyzji.Siła przepraszania i odwaga słuchaniaW kulturze organizacyjnej przez lata przeprosiny uchodziły za oznakę słabości. Anna Rulkiewicz przekonuje, że jest dokładnie odwrotnie.Podczas rozmowy bez wahania przyznaje, że szef powinien przepraszać, jeśli popełni błąd. Nie odbiera sobie w ten sposób autorytetu. Wręcz przeciwnie – zyskuje go, pokazując, że odpowiedzialność dotyczy również lidera.Podobnie traktuje informację zwrotną. Raz w miesiącu organizuje spotkania z pracownikami i zadaje jedno, pozornie proste pytanie: „Powiedz mi coś, czego nie wiem”. Zachęca zespół do szczerego feedbacku, ponieważ – jak podkreśla – bez otwartości organizacja nie będzie się rozwijać. Informacja zwrotna nie jest dla niej zagrożeniem, ale darem, który pozwala dostrzec własne ograniczenia i stale się uczyć.Takie podejście trudno oddzielić od jeszcze jednej wartości, do której wielokrotnie wraca w rozmowie – autentyczności. Według Anny Rulkiewicz autentyczność i spójność są nierozłączne. Człowiek, który mówi jedno, a robi drugie, wcześniej czy później traci wiarygodność.Nieprzypadkowo rozmówczyni Anny Augustyn-Protas podkreśla także znaczenie samotności. Umiejętność bycia samą ze sobą traktuje jako jeden z warunków wewnętrznego spokoju. Potrafi odpoczywać bez poczucia winy, a chwile spędzone w ciszy nie są dla niej nudą, lecz sposobem na odzyskanie równowagi. Jednym z ważnych tematów podcastu jest również książka „Moc wartości. Przywództwo w świecie zmian”, wydana przez Wydawnictwo Zwierciadło. Anna Rulkiewicz nie przedstawia jej jako kolejnego biznesowego poradnika pełnego gotowych recept. Jak sama mówi, powstała z potrzeby oddania innym tego, co sama otrzymała od mentorów, współpracowników i życiowych doświadczeń.W książce znalazły się nie tylko refleksje dotyczące przywództwa, ale również praktyczne ćwiczenia pomagające lepiej poznać siebie. Anna Augustyn-Protas zwraca uwagę choćby na zadanie polegające na wypisaniu własnych wartości – proste, a jednocześnie uruchamiające głęboką refleksję nad tym, czy rzeczywiście żyjemy zgodnie z tym, co deklarujemy.Publikacja pokazuje, że skuteczne zarządzanie zaczyna się od zarządzania sobą.
  • „Kobiety dojrzałe są pewne siebie, dlatego przyciągają młodszych mężczyzn”. Aleksandra Kurzak o hormonach po 40-tce i miłości „po przejściach” | „Ukryte piękno”. odc. 26 19.06.2026 57min
    „Po czterdziestce mamy wewnętrzne światło, bo odpuszczamy” – mówi Aleksandra Kurzak w rozmowie z Beatą Biały w podcaście „Ukryte piękno”. Jedna z najwybitniejszych śpiewaczek operowych świata opowiada o cenie sukcesu, kobiecej sile, macierzyństwie, które nie przyszło od razu z serca, oraz o tym, dlaczego w świecie opery wciąż kobietom jest trudniej niż mężczyznom.Kariera Aleksandry Kurzak mogłaby stać się gotowym scenariuszem filmu o spełnionych marzeniach. Szybko zdobyła wszystko, o czym młoda śpiewaczka operowa może marzyć.– Przed trzydziestką zaliczyłam tzw. operową koronę (Teatro alla Scala w Mediolanie, Wiener Staatsoper w Wiedniu, Royal Opera House w Londynie i Metropolitan Opera w Nowym Jorku - od red.) – mówi.Wbrew stereotypom wielka scena nie napompowała jednak ego artystki. Zapytana przez Beatę Biały o wpływ sceny na człowieka odpowiada bez wahania: – Mnie nauczyła pokory.Temat tabu. Gdy hormony wpływają na głosW rozmowie pojawia się również temat, o którym rzadko mówi się publicznie, a jeszcze rzadziej w środowisku operowym.– Perimenopauza rozwala nam świat totalnie, a w naszym zawodzie o tym się nie mówi, choć hormony bardzo wpływają na głos kobiety – podkreśla Kurzak. Wypowiedź artystki wybrzmiewa szczególnie mocno, ponieważ dotyka doświadczenia milionów kobiet. W czasach, gdy coraz częściej mówi się o zdrowiu psychicznym i dobrostanie, menopauza oraz perimenopauza nadal pozostają obszarami pełnymi przemilczeń.Najpiękniejsze jesteśmy po czterdziestceW kulturze obsesyjnie skupionej na młodości słowa Aleksandry Kurzak w podcaście „Ukryte piękno” brzmią jak manifest dojrzałości.– Kobieta jest najpiękniejsza po czterdziestce - mówi. Dlaczego? – Mamy wewnętrzne światło. Odpuszczamy - mówi Ola i zauważa, że coraz częściej młodsi mężczyźni wybierają związki z dojrzałymi kobietami. Sama zapytała kiedyś młodszego kolegę, skąd bierze się to zjawisko. Odpowiedź była prosta: dojrzałe kobiety imponują pewnością siebie. Nie muszą już nikomu niczego udowadniać, podczas gdy młodsze często zmagają się jeszcze z kompleksami i niepewnością.Temat tabu. Miłość po przejściachHistoria miłości Aleksandry Kurzak i jej męża mogłaby posłużyć za materiał na romantyczny film. – Kobieta po przejściach, mężczyzna z przeszłością – tak się spotkaliśmy – opowiada. Za nimi były rozwody, rozczarowania i nieudane relacje. Artystka otwarcie przyznaje, że zdarzyło jej się również być „tą drugą”. Najbardziej niezwykły pozostaje jednak fakt, że jej przyszły mąż oświadczył się po zaledwie dziesięciu dniach znajomości. Życie lubi pisać scenariusze, których nie przewidują nawet najbardziej doświadczeni reżyserzy.Temat tabu. Macierzyństwo bez lukruJednym z najbardziej poruszających momentach rozmowy jest szczere wyznanie dotyczące macierzyństwa– Nie miałam instynktu macierzyńskiego.Decyzja o dziecku była początkowo racjonalna. Aleksandra, jedynaczka, nie chciała zostać sama w przyszłości. Dopiero później okazało się, jak bardzo zmieni jej życie.– Z perspektywy czasu była to najlepsza decyzja mojego życia.Narodziny dziecka nie przyniosły jednak natychmiastowej fali szczęścia.– Miałam baby bluesa. Miłość przyszła później.Takie słowa wciąż rzadko padają publicznie. Kurzak mówi o nich bez wstydu, przypominając, że hormony wpływają na emocje równie mocno jak na ciało.– Rozumiem dziewczyny, które tak mają. Nie wstydźmy się tego.Czytelników, którzy chcieliby poznać Aleksandrę Kurzak jeszcze bliżej, zainteresuje książka „Kobiece gadanie 2” autorstwa Beaty Biały. Znajduje się w niej również pogłębiona rozmowa z wybitną śpiewaczką operową – o sukcesie, dojrzałości, miłości, macierzyństwie i życiu poza sceną. Książka stanowi znakomite dopełnienie podcastu „Ukryte piękno”, pokazując bohaterki nie tylko przez pryzmat ich osiągnięć, ale przede wszystkim osobistych doświadczeń i wyborów. 
  • „Jak córka jest uległa, to zatrzymuje się w emocjonalnym rozwoju”. Na ile realizujemy swoje życie, a na ile rodziców? | „Przerwa na kawę z Kasią Miller o miłości” odc. 3 19.06.2026 54min
    „Rodzice to nasza pierwsza najważniejsza miłość” – mówi Katarzyna Miller w podcaście „Przerwa na kawę o miłości”. W rozmowie z Joanną Olekszyk psychoterapeutka opowiada o relacjach, które kształtują nas na całe życie. O wdzięczności, buncie, rozczarowaniu i o tym, dlaczego prawdziwa bliskość z rodzicami często zaczyna się dopiero wtedy, gdy przestajemy ich idealizować. Sponsor odcinka jest marka Pandora.Miłość, która dojrzewa razem z namiRelacja z rodzicami nie jest zamkniętą historią. Zmienia się przez całe życie. W dzieciństwie potrzebujemy opieki, w okresie dorastania walczymy o niezależność, a później często próbujemy odnaleźć równowagę między bliskością a autonomią.Dojrzała miłość do rodziców nie oznacza ślepego zachwytu ani wymazania wszystkich krzywd. Oznacza zgodę na prawdę. Na dostrzeżenie zarówno tego, co otrzymaliśmy, jak i tego, czego zabrakło.Pierwsza miłośćMiłość romantyczna rozpala wyobraźnię, inspiruje literaturę, kino i piosenki. Znacznie rzadziej zastanawiamy się nad uczuciem, które pojawia się wcześniej i zostawia równie głęboki ślad. Relacja z rodzicami jest pierwszym doświadczeniem miłości, jakie poznajemy. W najnowszym odcinku podcastu „Przerwa na kawę o miłości” Joanna Olekszyk, redaktorka naczelna „Zwierciadła”, rozmawia z Katarzyną Miller o tym, czy miłość do rodziców rzeczywiście przychodzi nam naturalnie i dlaczego tak wielu dorosłych ludzi przez lata próbuje uporządkować tę relację.– „Rodzice to nasza pierwsza najważniejsza miłość” – przypomina psychoterapeutka. W tych kilku słowach kryje się odpowiedź na pytanie, dlaczego rodzinne więzi bywają tak silne, nawet jeśli towarzyszą im żal, gniew czy poczucie niespełnienia.Dlaczego bunt wobec rodziców jest potrzebny?W kulturze, która często wymaga od dzieci bezwarunkowego posłuszeństwa, bunt nadal bywa postrzegany jako coś niewłaściwego. Katarzyna Miller proponuje inne spojrzenie.– „Trzeba trochę popyskować rodzicom” – mówi bez ogródek.Szczególnie dotyczy to dziewczynek wychowywanych do nadmiernej grzeczności.– „Mamusie chcą, żeby córka była uległa, a wtedy ona się zatrzymuje w emocjonalnym rozwoju” – zauważa psycholożka.Jak zauważa Joanna Olekszyk, często od rodziców słyszymy, że „nie opłaca się być dobrym, szlachetnym, bo dostaje się po tyłku”. Dzieci nie są święte. Rodzice też potrzebują zrozumieniaPrzez ostatnie lata wiele mówiło się o błędach wychowawczych i traumach wyniesionych z domu. Psychoterapia pomogła nazwać wiele zranień, ale czasami wahadło wychyla się w drugą stronę.– „Rozumiem bunt dzieci, ale zaczęłam rozumieć, jak rodzicom z tym jest. Dzieci potrafią dać do wiwatu. Rodzice głównie potrzebują usłyszeć: dziękuję” – przyznaje Katarzyna Miller.Psychoterapeutka przypomina również, że dzieci z natury koncentrują się przede wszystkim na sobie.– „Dzieci są piekielnie egocentryczne, co jest naturalne, bo są nastawione na swój rozwój” – wyjaśnia.Dopiero dorosłość daje szansę spojrzenia na rodzinne historie z szerszej perspektywy. Pojawia się wtedy pytanie, które w rozmowie stawia Joanna Olekszyk: czy my w ogóle rozumiemy swoich rodziców?– „Jeśli popracujemy nad przyjęciem siebie, to dużo łatwiej nam przyjąć rodziców takich, jakimi byli. Zaczynamy rozumieć, że tyle dali, co mieli” – mówi Miller.W tym miejscu pojawia się również temat wdzięczności. Coraz częściej można usłyszeć zdanie: „Ja się nie prosiłam na ten świat”. Psychoterapeutka nie pozostawia wątpliwości:– „Jesteśmy rodzicom winni wdzięczność za życie”.Miłość wyrażana każdego dniaSponsorem odcinka jest marka Pandora, która od lat przypomina, że miłość ma wiele odcieni i nie ogranicza się wyłącznie do relacji romantycznych. Kampania BE LOVE zachęca do dostrzegania codziennych gestów troski, wdzięczności i bliskości – również tych kierowanych do rodziców. Czasem jedno szczere „dziękuję” znaczy więcej niż najbardziej wzniosłe deklaracje. A właśnie od takich małych gestów często zaczyna się dojrzalsza, bardziej świadoma miłość.Sponsorem odcinka jest marka Pandora.
  • „Lepiej nie wiedzieć”, „Jeszcze coś mi znajdą”. Joanna Chmura rozprawia się z lękami przed badaniami i profilaktyką | „Jak zdrowie”, odc. 17 18.06.2026 36min
    „Na pewno zemdleję przy pobraniu” – takie myśli mamy w głowie częściej niż mogłoby się wydawać. Tymczasem wiedza o stanie zdrowia nie odbiera spokoju, lecz daje sprawczość. O lęku przed badaniami, unikaniu diagnozy i budowaniu zdrowotnych nawyków Anna Augustyn-Protas rozmawia w podcaście „Jak zdrowie” z psycholożką Joanną Chmurą. Sponsorem odcinka jest Diagnostyka.Badania profilaktyczne należą do tych tematów, które większość z nas uważa za ważne. Problem zaczyna się wtedy, gdy trzeba przejść od deklaracji do działania. Kolejny miesiąc mija bez morfologii, kolejny rok bez kontroli znamion czy wizyty u specjalisty. Powodów zawsze znajdzie się wiele: brak czasu, nadmiar obowiązków, zmęczenie. Pod powierzchnią bardzo często kryje się jednak coś znacznie silniejszego – lęk.Jak wynika z danych przywołanych w rozmowie, aż 60 proc. Polaków nie wykonuje regularnych badań profilaktycznych. Skąd bierze się ten paradoks? Dlaczego troszczymy się o samochód, przeglądy techniczne i aktualizacje telefonów, a własne zdrowie często odkładamy na później?Lęk przed autorytetamiLęk przed pobraniem krwi, niepokój związany z wizytą u lekarza czy odkładanie badań na bliżej nieokreślone „kiedyś” rzadko wynikają z lenistwa. Częściej są efektem doświadczeń, przekonań i wzorców, które nosimy od lat.– „Jest wiele powodów. Po pierwsze, jesteśmy młodą demokracją i często nie mamy w rodzinach nawyku profilaktyki, a po drugie na pewno jest w nas lęk przed autorytetami, trudno nam zbudować partnerską relację z osobami w służbie zdrowia” – zauważa Joanna Chmura.Przez dekady zdrowie było dla wielu osób tematem pojawiającym się dopiero wtedy, gdy organizm wysyłał wyraźny sygnał alarmowy. Profilaktyka nie stanowiła codziennego nawyku, lecz reakcję na problem. Nic dziwnego, że wielu z nas nadal traktuje wizytę w placówce medycznej jako coś nieprzyjemnego, a nie naturalny element dbania o siebie.Psycholożka zwraca uwagę także na relacje z autorytetami. Wiele osób nadal obawia się zadawania pytań lekarzowi, proszenia o dodatkowe wyjaśnienia czy konsultowania diagnozy. Tymczasem partnerska relacja zwiększa poczucie bezpieczeństwa i ułatwia podejmowanie zdrowotnych decyzji.„Lepiej nie wiedzieć” – największa iluzja współczesnościKażdy zna kogoś, kto od miesięcy odkłada badania. Kogoś, kto mówi: „Jeszcze coś mi znajdą”, „Na pewno wszystko jest dobrze” albo „Zrobię to po wakacjach”.Mechanizm psychologiczny stojący za takim zachowaniem jest dobrze znany. Unikanie przynosi natychmiastową ulgę. Nie idziemy na badanie, więc przez chwilę nie musimy mierzyć się z niepewnością. Problem polega na tym, że rzeczywistość pozostaje taka sama, niezależnie od tego, czy chcemy ją zobaczyć.Lęk przed diagnozą bywa również lękiem przed zmianą. Wynik może przecież oznaczać konieczność leczenia, zmiany stylu życia lub skonfrontowania się z własną kruchością. Człowiek woli więc trwać w stanie pozornego bezpieczeństwa.Paradoks przybiera czasem jeszcze bardziej zaskakującą formę.Jak zauważa Anna Augustyn-Protas, istnieje spora grupa osób, które wykonują badania, ale później nie odbierają wyników. Liczy się człowiekOgromne znaczenie ma sposób, w jaki zostajemy przyjęci w placówce medycznej. Atmosfera, komunikacja i poczucie bezpieczeństwa wpływają na nasze doświadczenie bardziej, niż mogłoby się wydawać.– „To niezwykle ważne, kogo w placówce medycznej mamy po drugiej stronie i kto nas przed podróż diagnostyczną przeprowadza” – podkreśla Joanna Chmura.Empatia nie jest dodatkiem do medycyny. Dla wielu pacjentów stanowi warunek, by wrócić na kolejne badania.– „Zawód medyczny jest podbny do nauczyciele – może tyle zdziałać dobrego w punktach styku” – mówi psycholożka.Jedno spokojne wyjaśnienie procedury, kilka słów wsparcia czy cierpliwa odpowiedź na pytania mogą zmienić całe doświadczenie związane z diagnostyką. Sponsorem odcinka jest Diagnostyka.
  • Ewa Puszczyńska: „Nigdy nie jest za późno”. Producentka nominowanej do Złotej Palmy „Ojczyzny” o sztuce, intuicji i odwadze | „Kobiety rządzą” 16.06.2026 1h
    „Nigdy nie jest za późno. Jak powiedziałam kiedyś ku oburzeniu mojego syna: przyszłam do filmu z ulicy” – mówi Ewa Puszczyńska, jedna z najbardziej cenionych producentek filmowych w Europie. W podcaście „Kobiety rządzą” Joanna Olekszyk, redaktorka naczelna „Zwierciadła”, rozmawia z laureatką Oscara o kulisach pracy przy najważniejszych filmach ostatnich lat, sile intuicji, sztuce współpracy i najnowszym obrazie Pawła Pawlikowskiego „Ojczyzna”, nominowanym do Złotej Palmy w Cannes.Kiedy myślimy o filmie, zwykle widzimy reżysera, aktorów, operatora kamery. Znacznie rzadziej zastanawiamy się nad rolą producenta. Tymczasem bez niego wiele wielkich dzieł nigdy nie trafiłoby na ekran. Ewa Puszczyńska opisuje swoją pracę w sposób daleki od korporacyjnych definicji i biznesowego żargonu. – „Jestem akuszerką, która doprowadza projekt artystyczny do końca, po tym, jak wykiełkuje w artyście” – mówi.„Ojczyzna” – człowiek na tle wielkiej historiiJednym z głównych tematów rozmowy jest najnowszy film Pawła Pawlikowskiego „Ojczyzna”, który został nominowany do Złotej Palmy podczas tegorocznego festiwalu w Cannes. Warto dodać, że rozmowa została nagrana jeszcze przed ogłoszeniem werdyktu jury.Zdaniem Ewy Puszczyńskiej nowy obraz Pawlikowskiego można odczytywać jako domknięcie pewnej artystycznej opowieści.– „Ojczyzna może być traktowana jako trylogia z „Idą” oraz „Zimną wojną” – zauważa producentka.Film, który od 19 czerwca trafia do polskich kin, wymyka się prostym interpretacjom. Nie jest jedynie opowieścią historyczną ani klasycznym dramatem psychologicznym.– „Ten film ma wiele warstw: mówi o potrzebie bliskości, o potrzebach intelektualnych. Ten film to człowiek, a w tle wielka historia i to, jak wpływa na losy wielu ludzi” – podkreśla. – „Jest kompaktowy i zawiera jednocześnie wiele znaczeń” – dodaje. Joanna Olekszyk zwraca uwagę na jeszcze jeden element: subtelne poczucie humoru obecne w historii.Cannes nie definiuje wielkościFestiwale, nagrody i czerwone dywany budzą ogromne emocje. Producentka patrzy jednak na sukces z dystansem, którego nauczyły ją lata pracy z najwybitniejszymi twórcami współczesnego kina.– „Film jest wybitny i nie będzie mniej wybitny, jeśli nie dostanie nagrody, ani bardziej wybitny, jeśli tę nagrodę dostanie” – podkreśla. Według producentki prawdziwa siła kina kryje się gdzie indziej. – „Ten film to wyjście naprzeciw jaskrawego, chaotycznego świata” – mówi.Czerń i biel pełna kolorówTwórczość Pawła Pawlikowskiego od lat zachwyca charakterystyczną estetyką. Czarno-białe kadry „Idy” czy „Zimnej wojny” stały się już częścią historii współczesnego kina.Ewa Puszczyńska przekonuje jednak, że takie określenie jest pewnym uproszczeniem.– „Czerń i biel to są bardzo piękne kolory i to nie jest tylko czerń i biel, a cała gama barw pomiędzy” – tłumaczy.Dreszcze ważniejsze niż kalkulacjaJak rozpoznać, że właśnie powstaje film wyjątkowy?Pytanie, które Joanna Olekszyk zadaje swojej rozmówczyni, wydaje się kluczowe dla każdego, kto marzy o pracy przy sztuce.Odpowiedź okazuje się zaskakująco intuicyjna. – „Bardzo często czuję dreszcze na planie. Czasem myślę, że za często, że za mało w tym rozumu, a za bardzo jest to emocjonalne” – przyznaje producentka.Nieprzypadkowo współpracowała z twórcami należącymi dziś do światowej czołówki.– „Mam szczęście do wspaniałych twórców. Twórczość Jonathana Glazera znałam przed „Strefą interesów”, jeszcze z reklam, które kręcił. Z Sandrą Hüller trochę się przyjaźnimy – to wspaniały człowiek” – opowiada.Oscar po sześćdziesiątceHistoria Ewy Puszczyńskiej jest również opowieścią o odwadze do zmiany życia. Produkcją filmową zajęła się po czterdziestce. Oscara zdobyła po sześćdziesiątce. W kulturze obsesyjnie skupionej na młodości brzmi to jak manifest. Nie trzeba wszystkiego osiągnąć przed trzydziestymi urodzinami. Nie istnieje jeden właściwy moment na rozpoczęcie nowego rozdziału. – „Nigdy nie jest za późno” – mówi producentka.

Popularan u

Ovaj podcast se pojavljuje i u podcast listama ovih zemalja.