Zwierciadło Podcasty
Zwierciadło
0
„Zwierciadło Podcasty” to rozmowy o psychologii, kulturze, wychowaniu, podróżach i dobrym życiu. Gośćmi są znani eksperci, badacze oraz ludzie zaangażowani w promocję aktualnej i sprawdzonej wiedzy ze wszystkich tych dziedzin.
Jaksot
-
Piotr Polak: „Najbardziej wzrusza mnie kino o młodych ludziach, którzy próbują wyrwać się z jakiegoś konwenansu” | „Filmy mojego życia”, odc. 1 15.09.2026 1t 2minWidzowie znają go przede wszystkim jako Michała Holca z serialu „The Office PL”, jednak mało kto wie, że aktor jest prawdziwym kinomanem i wytrwanym znawcą popkultury, dla którego oglądanie filmów i chodzenie do kina jest w zasadzie chlebem powszednim. W nowym podcaście „Zwierciadła” aktor z rozbrajającą szczerością i poczuciem humoru opowiedział nam o filmach i serialach, które miały największy wpływ na jego życie: pierwszych seansach kinowych, hitach swojego dzieciństwa i dorastania oraz współczesnych wyborach, a nawet guilty pleasures.Rozmowę zaczynamy bardzo sentymentalnie – od pierwszych seansów, jakie Piotr Polak pamięta ze swojego rodzinnego domu. Jak sam wspomina, były to głównie filmy z telewizyjnego cyklu „W starym kinie” oraz przegrywane na kasety VHS przez jego tatę. „Mieliśmy ich ze 200. Po dwa tytuły na każdej, a czasem nawet trzy” – dodaje aktor i przyznaje, że była to jego pierwsza styczność z kinem takich mistrzów jak Francis Ford Coppola czy Robert Altman. „Oglądaliśmy dużo filmów z lat 60. i 70., ale wychowałem się tak naprawdę na kiczowatym kinie lat. 80. Było w nim coś naprawdę wyjątkowego”.„Gwiezdne wojny” w Kinie TatryKino Tatry w Nowym Targu – to tu Piotr Polak obejrzał swój pierwszy film na dużym ekranie. Była produkcja z jego ukochanego filmowego cyklu, a mianowicie „Gwiezdne wojny: część VI – Powrót Jedi” z 1983 r. Z racji na swój bardzo młody wiek, z wizyty w kinie najbardziej zapamiętał jednak nie to, co działo się na ekranie, a moment tuż przed wejściem na salę kinową, o czym opowiedział nam z typowym dla siebie poczuciem humoru.„Oszalałem na punkcie Spielberga. »E.T.« sprawił, że zapragnąłem zostać aktorem”Piotr Polak, jak sam przyznaje, oglądał w dzieciństwie mnóstwo filmów. Jeden z nich zrobił jednak na nim tak piorunujące wrażenie. „Strasznie się go bałem, ale oszalałem na jego punkcie” – dodaje. Mowa oczywiście o kultowej przygodówce familijnej „E.T.” z 1982 r., która sprawiła, że zapragnął, tak jak wcielający się w główną rolę Henry Thomas, zostać aktorem. Gwiazda „The Office PL” dodaje jednak, że tak naprawdę najbardziej zainspirował go materiał zza kulis powstania filmu pokazywany przez amerykańskie HBO.„Jak to zobaczyłem, zwariowałem totalnie. Pomyślałem sobie, że to najlepsza praca, a właściwie nie praca, a największa przyjemność na świecie”.„Brat pokazywał mi filmy w nocy”Wiele filmów, jakie Piotr Polak oglądał w młodości, pokazał mu jego starszy brat. „Budził mnie w środku nocy i mówił: »Chodź na dół, bo musisz to obejrzeć«. Wśród nich były m.in. takie tytuły jak ikoniczny „Blade Runner” w reżyserii Ridleya Scotta czy muzyczny „Pink Floyd: The Wall” (oba z 1982 r.). Wrażenie na aktorze zrobiły również inne produkcje pokazywane wówczas w telewizyjnej ramówce, takie jak „Noce Cabirii” Federico Felliniego z 1957 r. czy „Ghandi” z 1982 r. z Benem Kingsleyem w roli głównej.„Wtedy też odkryłem, że nie mam problemu z filmami na przykład klasy G i zrozumiałem, że takie produkcje też nie są złe. Na jednym z nich świetnie się bawiłem”.Piotr Polak o filmach które go bawią i wzruszająChociaż kreacja Piotra Polaka w komediowym „The Office PL” bawi widzów do łez, sam aktor przyznaje, że nie jest wielkim fanem tego gatunku. Owszem, uwielbia odcinki „Przyjaciół” i „Latający cyrk Monthy Pythona”, jednak z trudem przychodzi mu wymienienie konkretnych tytułów, które doprowadzają go do wybuchów śmiechu.„Lubię wyłapywać śmieszne rzeczy w filmach, które nie są komediami”.Jakie filmy powodują u niego natomiast wzruszenie? Tu już aktor odpowiada już bez wahania, wskazując pewien brytyjsko-francuski dramat z 2000 r.„Filmy mojego życia” to nowy podcast „Zwierciadła”, w którym postacie ze świata kultury opowiadają o filmach, które miały największy wpływ na ich życie – od pierwszych seansów kinowych, przez kino dzieciństwa i dorastania, aż po współczesne wybory i guilty pleasures. Rozmowy mają charakter osobisty, oparty na opowieściach i wspomnieniach. -
„Brylant wcale nie jest obowiązkowy”. Agata Wojtczak i Jagoda Maruda obalają mity o pierścionkach zaręczynowych | „Guzik prawda”, odc. 1" Artykuł nieopublikowany - link do podglądu 14.09.2026 31minWokół pierścionka zaręczynowego narosło tyle mitów, że trudno oddzielić fakty od sloganów. Ile powinien kosztować, czy koniecznie musi błyszczeć brylantem i jaki metal jest najlepszy? Na te i inne pytania odpowiadają Agata Wojtczak, projektantka i współzałożycielka marki biżuterii MAAR, oraz Jagoda Maruda, międzynarodowa ekspertka diamentów HRD i założycielka marki JAGG. Obie były gościniami pierwszego odcinka „Guzik prawda” – nowego podcastu „Zwierciadła” prowadzonego przez Karolinę Liczbińską, w którym sprawdzamy, ile prawdy kryje się w modowych przekonaniach powtarzanych bez zastanowienia. Jubilerki opowiedziały w nim, skąd wzięły się najpopularniejsze mity o pierścionkach zaręczynowych i które z nich to czysty marketing.W pierwszym odcinku podcastu „Guzik prawda” Karolina Liczbińska bierze pod lupę pierścionek zaręczynowy – biżuterię, wokół której narosło chyba najwięcej mitów w całej historii jubilerstwa. Mity te na co dzień obalają Agata Wojtczak, współzałożycielka i projektantka biżuterii MAAR, oraz Jagoda Maruda – międzynarodowa ekspertka diamentów HRD, która poza autorskimi kolekcjami JAGG kuruje też unikatową biżuterię vintage sprzed przeszło stu lat.Ile powinien kosztować pierścionek zaręczynowy?Pierwszy mit dotyczy budżetu. Zasada trzech pensji, czyli powszechne zwłaszcza w krajach anglosaskich przekonanie, że na pierścionek trzeba odłożyć równowartość trzymiesięcznej wypłaty, wydaje się Karolinie Liczbińskiej tyleż utrwalona, co kuriozalna. Jak tłumaczy Jagoda Maruda, kiedyś pierścionek pełnił funkcję zabezpieczenia finansowego kobiety – w razie zerwania zaręczyn to ona mogła go zatrzymać. Skąd więc wzięła się konkretna kwota?Zdaniem Agaty Wojtczak odpowiedzi trzeba szukać w kampaniach marki jubilerskiej, która przez dekady budowała na tym haśle pozycję monopolisty na rynku diamentów. Czy ta reguła ma dziś jakiekolwiek przełożenie na polskich klientów? Tego dowiecie się z pełnego odcinka.Czy diament to faktycznie najlepszy kamień do pierścionka zaręczynowego?Najgłębiej zakorzeniony mit dotyczy samego kamienia. Jagoda Maruda cofa się aż do XV wieku, kiedy Maksymilian Habsburg podarował Marii Burgundzkiej pierwszy udokumentowany pierścionek z diamentami. Przez kolejne stulecia to wcale nie brylant królował jednak w zaręczynowej modzie – Napoleon obdarował Józefinę pierścionkiem Toi et Moi z szafirem i diamentem, a królowa Wiktoria nosiła wężowy pierścionek ze szmaragdem.Dopiero XX-wieczna kampania reklamowa monopolisty diamentowego De Beers – z hasłem o brylantach, które są wieczne – ugruntowała to skojarzenie. Czy współczesne pary wciąż się nim kierują, czy jubilerki obserwują odwrót w stronę szafirów i kolorowych turmalinów? I co obie ekspertki sądzą o pierścionku, który towarzyszył zaręczynom Taylor Swift? Odpowiedzi szukajcie w odcinku. W pełnej rozmowie Agata Wojtczak i Jagoda Maruda poruszają też temat diamentów laboratoryjnych, wyboru metalu oraz codziennej pielęgnacji biżuterii, która ma towarzyszyć nam do końca życia.Podcast „Guzik prawda” w każdym odcinku bierze na warsztat modowe mity i sprawdza, skąd się właściwie wzięły – oraz czy jest w nich ziarno prawdy. Karolina Liczbińska rozmawia w nim z ekspertkami i ekspertami z branży, żeby oddzielić fakty od popkulturowych legend. -
„Cały nasz styl życia idzie w wątrobę”. Prof. Bożena Muszyńska o terapeutycznej leśnej triadzie, która odmładza i działa przeciwzapalnie | „Jak zdrowie”, odc. 22 10.09.2026 55min„Grzyb kamforowy został nazwany złotem Tajwanu” – mówi prof. Bożena Muszyńska, mykolożka, która w 22. odcinku podcastu „Jak zdrowie” opowiada, dlaczego ten niezwykły gatunek od lat fascynuje badaczy. Antrodia camphorata rośnie naturalnie tylko na Tajwanie, na endemicznym cynamonowcu, a dziś jego wyhodowana grzybnia trafia także do preparatów dostępnych w Polsce. Co sprawia, że zainteresowano się nim właśnie w kontekście wątroby? I czy grzyby, które znamy z lasu i kuchni, rzeczywiście mogą mieć więcej prozdrowotnych właściwości, niż dotąd sądziliśmy? Sponsorem odcinka jest Qpharma producent suplementu diety LivIntro.Jeden z najbardziej zakorzenionych stereotypów mówi, że grzyby są ciężkostrawne i kaloryczne. Prof. Muszyńska proponuje spojrzeć na ten temat inaczej. Jej zdaniem uczucie sytości po zjedzeniu nawet niewielkiej porcji może mieć związek z obecnością składników odżywczych, które oddziałują na jelita i układ regulujący apetyt.Właśnie dlatego grzyby są dziś przedmiotem zainteresowania naukowców zajmujących się m.in. otyłością i metabolizmem. Ekspertka zwraca uwagę na ich wpływ na środowisko jelitowe oraz na procesy związane z produkcją neuroprzekaźników, w tym GLP-1, który uczestniczy w regulacji apetytu i sytości. Nie należy jednak wyciągać z tego wniosku, że zjedzenie porcji pieczarek działa jak lek z grupy analogów GLP-1. Mechanizmy biologiczne są znacznie bardziej złożone.Pieczarka? Zwykła tylko z pozoruJeśli ktoś uważa, że po wartościowe grzyby trzeba koniecznie jechać do lasu, czeka go niespodzianka. Jednym z bohaterów rozmowy jest bowiem pieczarka – grzyb tak powszechny, że łatwo przestać go zauważać.Polska przez lata była jednym z liderów uprawy pieczarek, choć – jak mówi prof. Muszyńska – w ostatnim czasie spadliśmy pod tym względem na czwarte miejsce. Problem w tym, że produkt łatwo dostępny i niedrogi rzadko budzi skojarzenia z czymś szczególnie cennym. A szkoda.Wśród grzybów jadalnych jest zresztą znacznie więcej interesujących gatunków. Boczniaki należą do tych najlepiej przebadanych pod kątem układu krążenia i zdrowia kości. Lakownica jest kojarzona m.in. z działaniem wspierającym układ sercowo-naczyniowy, a także z wyciszeniem. Soplówka jeżowata z kolei od lat przyciąga uwagę badaczy ze względu na potencjalne oddziaływanie na układ nerwowy.„Złoto Tajwanu” dla wątrobyNajbardziej fascynującym bohaterem rozmowy jest Antrodia camphorata – grzyb kamforowy występujący naturalnie na Tajwanie, związany z tamtejszym endemicznym drzewem cynamonowym. Prof. Muszyńska opowiada o historii zainteresowania tym gatunkiem określanym mianem „złota Tajwanu”.Dlaczego właśnie on wzbudza zainteresowanie w kontekście wątroby? Jak tłumaczy ekspertka, zainteresowanie jego właściwościami zaczęło się od obserwacji osób, które spożywały grzyb i jednocześnie nadużywały alkoholu. To jednak punkt wyjścia do badań, a nie dowód na to, że Antrodia camphorata może neutralizować skutki picia alkoholu czy zapobiegać chorobom wątroby.Właśnie z tego gatunku korzysta suplement diety LivAntro, sponsor ósmego odcinka podcastu „Jak zdrowie”. Produkt łączy liofilizowaną grzybnię Antrodia camphorata w formie ProAntro® z Vitacholine®, czyli formą choliny. Jedna kapsułka zawiera 300 mg ProAntro® oraz 200 mg Vitacholine®, w tym 85,5 mg choliny. Według informacji produktowej cholina przyczynia się do prawidłowego funkcjonowania wątroby i utrzymania prawidłowego metabolizmu tłuszczów. LivAntro jest suplementem diety przeznaczonym dla dorosłych i nie powinien być traktowany jako zamiennik leczenia ani zróżnicowanej diety.W rozmowie prof. Muszyńska zwraca uwagę na jeszcze jedną rzecz: jeśli chcemy mówić o działaniu profilaktycznym żywności czy składników grzybów, znaczenie ma regularność. Nie chodzi więc o jednorazowy „detoks” po ciężkim weekendzie. Wątroba nie potrzebuje cudownej kuracji raz na jakiś czas, lecz przede wszystkim rozsądnego stylu życia. A jak zauważa ekspertka, „cały nasz styl życia idzie w wątrobę”. -
„Kryzys często odbywa się w ciszy”. Co naprawdę pomaga w wychodzeniu z życiowego dołka? | „Kryzys wieku każdego” odc. 1 09.09.2026 57min„Kryzys nie zawsze przychodzi wtedy, kiedy wszystko się wali” - mówią w premierowym odcinku nowego podcastu Zwierciadła „Kryzys wieku każdego” prof. Robert Kowalczyk, seksuolog i prof. Katarzyna Waszyńska, psycholożka. Czy rzeczywiście każdy impas musi oznaczać, że coś w naszym życiu poszło nie tak? A może właśnie wtedy, gdy dotychczasowe sposoby radzenia sobie przestają działać, pojawia się szansa na zbudowanie siebie na nowo? O tym, czym naprawdę jest kryzys, jak odróżnić go od zwykłych trudności i dlaczego lęk tak często udaje intuicję rozmawia Ewa Podsiadły-Natorska.W potocznym języku kryzys brzmi jak alarm. Kojarzy się z czymś, co trzeba jak najszybciej naprawić, przetrwać albo z czegoś się wydostać. Tymczasem psychologiczne rozumienie kryzysu jest znacznie szersze. Może pojawić się w odpowiedzi na wydarzenie zewnętrzne – chorobę, utratę pracy, rozpad związku – ale równie dobrze może być efektem przemiany, która dokonuje się w nas.Jak zauważa terapeuta i seksuolog kliniczny, prof. Robert Kowalczyk, kryzys pojawia się w momencie, gdy dotychczasowe sposoby radzenia sobie z rzeczywistością przestają wystarczać. Nie musi więc oznaczać katastrofy. Czasem jest sygnałem, że znaleźliśmy się w nowym miejscu, ale jeszcze nie mamy odpowiednich narzędzi, żeby się w nim odnaleźć.Z podobnej perspektywy patrzy na kryzys prof. Katarzyna Waszyńska. Przypomina, że przełomowe wydarzenia są tylko jedną z jego odsłon. Kryzys może pojawić się także w okresach przejścia – między jednym etapem życia a drugim. Przykładem jest dojrzewanie, ale takich momentów mamy znacznie więcej: wejście w dorosłość, rodzicielstwo, zmiana pracy, rozstanie, menopauza czy późniejsza refleksja nad tym, co właściwie chcemy zrobić z kolejnymi dekadami życia.„Mam wszystko, ale nie wiem, po co mi to”Kryzys nie zawsze łatwo rozpoznać, bo człowiek może długo funkcjonować pozornie bez zarzutu. Pracować, wychowywać dzieci, rozwijać karierę, mieć udany związek i stabilność finansową. A jednak pewnego dnia pojawia się pytanie, którego wcześniej nie było: czy ja właściwie jestem szczęśliwy?W gabinetach specjalistów pojawiają się też osoby przeżywające kryzys tożsamości, wątpliwości dotyczące własnej seksualności czy poczucie utknięcia w pracy, która nie daje satysfakcji. Kryzys może dotyczyć również związku. Co ciekawe, coraz częściej pary nie czekają, aż sytuacja stanie się naprawdę trudna. Zgłaszają się po pomoc wcześniej, z intencją poprawienia jakości relacji.To ważna zmiana w myśleniu o terapii. Nie trzeba doprowadzić związku do ściany, żeby zacząć nad nim pracować.Nie każda trudność jest kryzysemW epoce, w której psychologia stała się częścią codziennego języka, łatwo nadać trudnym doświadczeniom konkretną etykietę. Mówimy o wypaleniu, traumie, kryzysie, lęku. Nazwanie problemu może przynieść ulgę, ale nie zawsze pomaga.Prof. Katarzyna Waszyńska zwraca uwagę, że nie każda sytuacja problemowa jest sytuacją kryzysową. Prof. Robert Kowalczyk dodaje, że dla osoby szukającej pomocy sama diagnoza nie zawsze jest najważniejsza. W jego ocenie ma ona służyć przede wszystkim terapeucie, który dzięki niej może dobrać odpowiednie narzędzia.Kiedy lęk udaje intuicjęJednym z najbardziej podstępnych elementów kryzysu jest lęk. Potrafi być tak przekonujący, że zaczynamy traktować go jak wiedzę o przyszłości. „Czuję, że coś złego się wydarzy” – ile razy taka myśl została uznana za przeczucie, choć w rzeczywistości była efektem napięcia?Prof. Katarzyna Waszyńska zauważa, że wiele osób myli lęk z przewidywaniem przyszłości. Na jego podstawie tworzymy czarne scenariusze, które najczęściej się nie sprawdzają. Prof. Robert Kowalczyk spotyka osoby przekonane, że mają szczególną „intuicję do niedobrych wydarzeń”. Za takim przekonaniem często stoi jednak emocja – właśnie lęk. -
Jak być zadbaną na wielu poziomach, a nie „zrobioną”? Katarzyna Nozderko o tym, co naprawdę przyspiesza starzenie | „Ukryte piękno” odc. 34 08.09.2026 1t„Stres i przestymulowanie na wielu poziomach, także duchowym, powoduje, że się starzejemy” – mówi Katarzyna Nozderko, kosmetolożka i założycielka marki estGen. Dziś coraz częściej okazuje się, że o tym, jak wyglądamy, decyduje nie tylko metryka i geny. Sen, stres, dieta, ruch, kondycja jelit, a nawet sposób, w jaki funkcjonujemy na co dzień, mogą przyspieszać albo spowalniać procesy starzenia. Czy zatem najlepsze strategie anti-aging zaczynają się nie w gabinecie medycyny estetycznej, lecz… w naszym stylu życia? Sponsorem podcastu jest polska marka kosmetyczna estGen.Jednym z największych przeciwników zdrowej skóry okazuje się coś, czego nie da się zamknąć w słoiczku: przewlekłe napięcie.Stres nie jest wyłącznie stanem psychicznym. Długotrwałe funkcjonowanie w trybie mobilizacji wpływa na cały organizm, a skóra – jako jego największy organ – również reaguje na przeciążenie. Gorsza regeneracja, zaburzona bariera hydrolipidowa, większa reaktywność czy ziemisty, zmęczony wygląd mogą być częścią tej historii.Zdaniem Nozderko największym problemem współczesności jest stres i przestymulowanie na wielu poziomach. Nie chodzi przy tym wyłącznie o tempo życia. Przebodźcowanie może dotyczyć również samej pielęgnacji i medycyny estetycznej.W świecie, w którym łatwo wpaść w spiralę poprawiania kolejnych elementów twarzy, granica między dbaniem o siebie a nieustannym poszukiwaniem defektów staje się coraz mniej wyraźna.Kiedy pielęgnacja zaczyna szkodzić?Jeszcze kilka lat temu im bardziej rozbudowana była rutyna pielęgnacyjna, tym większe wrażenie robiła. Kilkanaście kosmetyków, kwasy, retinoidy, peelingi, urządzenia do domowych zabiegów – pielęgnacja mogła przypominać małe laboratorium.Dziś coraz częściej wracamy do pytania, czy skóra rzeczywiście potrzebuje aż tak wiele.Nadmiar nie zawsze oznacza lepszy efekt. Bariera skórna może zostać przeciążona, a agresywne łączenie składników i częste procedury zamiast poprawiać wygląd, prowadzić do podrażnień i zaburzenia równowagi skóry. W efekcie pojawia się paradoks: im intensywniej próbujemy ją „naprawiać”, tym gorzej wygląda.„Medycyna estetyczna staje się kompulsją, która przykrywa problemy natury psychicznej” – zauważa kosmetolożka. To mocne zdanie, ale trafia w coraz ważniejszą dyskusję: gdzie kończy się świadoma troska o wygląd, a zaczyna presja, by nieustannie eliminować oznaki upływającego czasu?Zadbana, nie „zrobiona”W estetyce pojawia się dziś wyraźny zwrot. Coraz więcej osób nie chce już wyglądać młodziej za wszelką cenę. Chce wyglądać zdrowo, świeżo i adekwatnie do siebie.Zmiana jest subtelna, ale znacząca. Zamiast pytania „co zrobić, żeby nie było widać mojego wieku?”, pojawia się inne: „co zrobić, żeby moja skóra była w dobrej kondycji?”. To przesunięcie akcentu z walki z metryką na dbanie o organizm.Naturalność nie musi oznaczać rezygnacji z kosmetologii czy medycyny estetycznej. Chodzi raczej o proporcje i intencję. Zabieg może być elementem świadomej pielęgnacji, ale nie powinien stawać się odpowiedzią na każdy gorszy dzień, każdą zmarszczkę czy każdą chwilę zwątpienia we własny wygląd.W tym podejściu kosmetolog przestaje być osobą, która po prostu dobiera procedurę. Staje się kimś, kto pomaga zrozumieć, dlaczego skóra zachowuje się właśnie tak, a nie inaczej.Odmładzanie zaczyna się wcześniej niż w gabinecieJeśli potraktować skórę jako część większego systemu, pytanie o krem przeciwzmarszczkowy przestaje być najważniejsze. Równie istotne stają się sen, ruch, sposób odżywiania, regeneracja i stres.Właśnie dlatego idea #OdmładzaniePoprzezStylŻycia nie powinna być rozumiana jako kolejny sposób na walkę z czasem. Bardziej chodzi o zmianę perspektywy. Nie o to, żeby zatrzymać zegar, ale żeby stworzyć organizmowi warunki, w których może jak najdłużej działać dobrze. -
„Ostatnia kawa o godzinie 14, bo to energia na kredyt”. Dr Tadeusz Oleszczuk o 12 filarach dobrego życia | „Jak zdrowie”, odc. 25 04.09.2026 56min„Najważniejsze dla zdrowia rzeczy mamy właściwie na wyciągnięcie ręki. Tylko często odkładamy je na później” – przekonuje dr n. med. Tadeusz Oleszczuk. W rozmowie z Magdaleną Kuszewską w podcaście „Jak zdrowie” mówi o tym, dlaczego geny nie powinny być dla nas wymówką, czego naprawdę potrzebuje organizm, dlaczego nie da się „odespać” zarwanych nocy i od czego zacząć, jeśli chcemy wreszcie zadbać o siebie bez obsesji perfekcji. O tym, jak przełożyć wiedzę na codzienność, opowiada także w swojej nowej książce „Zdrowie bez wymówek. Workbook”, wydanej przez Zwierciadło. To praktyczny przewodnik z planem na 12 miesięcy i 12 filarami zdrowia – bo dobre samopoczucie nie powinno być projektem „od poniedziałku”.W zdrowiu lubimy myśleć kategoriami wielkich decyzji. Od jutra dieta, od poniedziałku siłownia, od nowego miesiąca żadnego alkoholu, a wieczorem – oczywiście – sen przed 23.00. Problem w tym, że im bardziej ambitny plan, tym większa szansa, że szybko zacznie nas przytłaczać. Dr Tadeusz Oleszczuk proponuje inne spojrzenie: zamiast czekać na idealny moment, warto zacząć od małych czynności, które powtarzane wystarczająco długo stają się inwestycją w przyszłość.Właśnie dlatego Magdalena Kuszewska przywołuje w rozmowie zdanie z książki „Zdrowie bez wymówek. Workbook”: „Zdrowie nie jest darem losu i nie dzieje się przez przypadek”. Dr Oleszczuk rozwija tę myśl, zwracając uwagę na rolę codziennych wyborów. Genetyka ma znaczenie, ale – jak podkreśla – nie determinuje wszystkiego.„Geny to nie wszystko, to ok. 15–20 proc. wpływu na zdrowie, a resztę możemy sobie załatwić sami. Bo nikt nie załatwi za nas snu, diety, dobrych związków i aktywności fizycznej” - mówi ekspert.To perspektywa, która z jednej strony daje sprawczość, z drugiej odbiera nam wygodną wymówkę. Nie wszystko zależy od nas, ale bardzo wiele rzeczy jednak możemy zmienić. I nie trzeba zaczynać od rewolucji.Zdrowie jak konto bankoweNajbardziej przekonująca okazuje się metafora finansowa. Organizm nie działa jak konto, na które raz w roku wpłacamy dużą kwotę i potem przez miesiące korzystamy z oszczędności. Zdrowie buduje się znacznie bardziej przyziemnie: poprzez regularne, niewielkie „wpłaty”.„Zdrowie to jest księgowa, rachunek w banku, to są codzienne drobne wpłaty, które się sumują i to decyduje o naszym longevity i jakości życia” - wyjaśnia dr Oleszczuk. Co mieści się w tej codziennej ekonomii zdrowia? Czasem naprawdę niewiele. Kilkanaście czy kilkadziesiąt minut ruchu. Szklanka wody zamiast kolejnej kawy. Wcześniejsze pójście spać. Odłożenie telefonu. Lepszy posiłek. Spotkanie z kimś, przy kim czujemy się dobrze. To rzeczy pozornie banalne, ale właśnie ich powtarzalność może mieć największe znaczenie.Dr Oleszczuk podaje prosty przykład: dwudziestominutowy spacer. Dla wielu osób nie jest to nawet trening, tylko zwykłe wyjście z domu. A jednak często łatwiej znaleźć pół godziny na bezmyślne przewijanie telefonu niż na ruch.Nie chodzi przy tym o życie pod linijkę. Przeciwnie – zdrowie może być projektem, w którym jest miejsce na przyjemność, spontaniczność i weekendowe odstępstwa. „Jeśli przez pięć dni w tygodniu robisz dobrze, to jak w weekend zrobisz źle, to i tak zrobiłeś pięć kroków do przodu, a dwa do tyłu i płyniesz w dobrym kierunku” - brzmi zasada eksperta.12 miesięcy, 12 filarów zdrowiaWłaśnie z takiego podejścia wyrasta „Zdrowie bez wymówek. Workbook” – nowa książka dr. Tadeusza Oleszczuka wydana przez Zwierciadło. Jej konstrukcja opiera się na 12 miesiącach i 12 filarach zdrowia. Zamiast kolejnej publikacji, którą czytamy, odkładamy na półkę i szybko zapominamy, workbook ma być narzędziem do pracy z własnymi nawykami.Pomysł jest prosty: zdrowia nie buduje się jedną decyzją. Potrzebujemy czasu, powtarzalności i sprawdzania, co rzeczywiście działa w naszym życiu. Każdy miesiąc może więc stać się okazją do skupienia się na innym obszarze – od podstawowych potrzeb organizmu po te elementy codzienności, o których łatwo zapominamy, kiedy jesteśmy zajęci. -
„Przestałem wierzyć w naturę ludzką, że jest tylko dobra”. Krzysztof Czeczot o relacjach, które zawodzą i dojrzałej miłości | „Mężczyzna jest człowiekiem”, odc. 20 25.08.2026 59min„Do 30. roku życia byłem bardzo naiwnym człowiekiem. Wierzyłem w ludzkie dobro” – mówi Krzysztof Czeczot w rozmowie z Beatą Biały. Aktor opowiada o tym, czego nauczyły go relacje, które nie przetrwały próby czasu, dlaczego po czterdziestce nie chce już tracić energii na ludzi, którzy niczego nie wnoszą, i jak doświadczenie zmieniło jego myślenie o miłości, ojcostwie i odpowiedzialności.Niektóre lekcje przychodzą dopiero wtedy, gdy człowiek ma już za sobą wystarczająco dużo rozczarowań, żeby przestać idealizować innych. Krzysztof Czeczot mówi o tym bez goryczy. Przyznaje, że do trzydziestki patrzył na ludzi znacznie bardziej naiwnie i wierzył w ich dobro. Z czasem doświadczenia sprawiły, że „przestał wierzyć w naturę ludzką, że jest tylko dobra”. Nie oznacza to jednak utraty wiary w relacje. Raczej zmianę oczekiwań wobec nich.Dziś aktor stara się najpierw zrozumieć, co mogło kierować drugą osobą. Kiedy ktoś go zawiedzie, idzie do żony, Karoliny (Gorczycy - od red.), żeby się wyżalić, a potem próbuje spojrzeć na sytuację również z drugiej strony. Jeśli relacja jest ważna, wraca do niej. Jeśli nie – potrafi ją zamknąć. Po czterdziestce coraz wyraźniej widzi bowiem, że czas nie jest zasobem, który można wydawać bez końca.„Jest piękne zdanie, że oczekiwanie jest źródłem rozczarowania” – mówi. I właśnie dlatego wybiera dziś pozycję przyjmowania zamiast nieustannego projektowania na innych własnych wyobrażeń. Nie znaczy to zgody na wszystko. Raczej świadomość, że druga osoba może być inna, niż chcielibyśmy, a wtedy pozostaje decyzja: próbować budować relację dalej czy się wycofać.Rodzina patchworkowa: dzieci są najmniejszym wyzwaniemDziś Czeczot tworzy z Karoliną rodzinę patchworkową. To układ, który wymaga szczególnej uważności, bo spotykają się w nim różne historie, doświadczenia i przyzwyczajenia. Kiedy Beata Biały pyta go o największe trudności, odpowiedź jest zaskakująca: dzieci wcale nie są największym wyzwaniem.„W patchworku najmniejszym wyzwaniem są dzieci, a największym rodzice i dorośli wokół” – mówi. Dziecko obserwuje bowiem dorosłych i uczy się od nich, nawet jeśli nikt oficjalnie nie nadał mu roli nauczyciela czy autorytetu. Mężczyzna, który wchodzi do życia kobiety mającej dzieci, może nie być ich biologicznym ojcem, ale z czasem staje się dla nich kimś ważnym. Jego zachowanie, sposób reagowania i stosunek do innych osób zaczynają mieć znaczenie.Dlatego aktor zdecydował się na coś, co wciąż dla wielu rodziców może wydawać się nietypowe: jeszcze zanim pojawiły się problemy, poprosił o pomoc psycholożkę dziecięcą. „Nie poszedłem z problemem, tylko wyprzedzając ewentualne problemy” – tłumaczy. Rodzina od czterech lat korzysta z jej opieki. To przygotowanie okazało się niezwykle pomocne. „Za starzy na miłość”Dojrzałość zmienia również definicję miłości. Kiedy Beata Biały pyta, co trudniej zdobyć – miłość kobiety czy zaufanie jej dzieci – Czeczot nie chce nawet ustawiać tych relacji w hierarchii. Jego zdaniem po czterdziestce człowiek jest już w innym miejscu niż wtedy, kiedy uczucie potrafi całkowicie przesłonić rozsądek.„My już jesteśmy za starzy na miłość, na takie zaślepienie uczuciem” – mówi. Brzmi to przewrotnie, ale nie jest deklaracją rezygnacji z romantyzmu. Przeciwnie. Aktor uważa, że miłość jest wspaniałym uczuciem, pod warunkiem że towarzyszą jej odpowiedzialność i przyjaźń.To właśnie one pozwalają związkowi przetrwać momenty, w których emocje nie wystarczają. Dojrzała relacja wymaga również dialogu – nie tylko z partnerką, lecz także z samym sobą, dziećmi i bliskimi. „Trzeba być w dialogu ze sobą, z bliskimi, z dziećmi i z szacunkiem do różnych perspektyw, które wnoszą” – podkreśla.Takie podejście zakłada rezygnację z przekonania, że bliskość oznacza zawsze zgodę. Można kochać i jednocześnie się różnić. Można mieć własne zdanie, ale dopuścić do głosu drugą osobę. Można też popełnić błąd i wrócić do rozmowy. Czeczot przywołuje taką sytuację. -
„Facet nie dzwoni? Przeżyj to i się uspokój”. Ile razy można mieć złamane serce? | „Przerwa na kawę z Kasią Miller 6”, odc. 8 20.08.2026 40min„Odkrycie zwyczajności uratowało mi życie i serce przed złamaniem” – mówi Kasia Miller w 8. odcinku „Przerwy na kawę”. W rozmowie z Joanną Olekszyk, redaktorką naczelną „Zwierciadła”, psycholożka bierze pod lupę nasze romantyczne fantazje, rozczarowania, potrzebę bycia wybraną i tęsknotę za miłością, która ma wreszcie udowodnić, że jesteśmy czegoś warte. Bo może zamiast czekać na kogoś, kto nas pokocha, wypełnimy ten czas ważniejszymi dla nas myślami?Joanna Olekszyk pyta wprost: ile razy można komuś złamać serce? Odpowiedź Kasi Miller prowadzi jednak dalej niż do katalogu kolejnych rozczarowań. Psycholożka zwraca uwagę, że za naszym głodem wielkiej miłości często stoi przekonanie, że bez romantycznych uniesień życie jest niepełne. - Ten temat wiąże się mocno z pragnieniem romantycznej miłości. Takie myślenie, żeby mieć, jeśli nie przeżywamy takich uniesień, to życie jest niepełne - mówi.To przekonanie potrafi być wyjątkowo podstępne. Szczególnie wtedy, gdy rzeczywistość jest trudna, samotność doskwiera, a wyobraźnia zaczyna podsuwać obrazy tego, jak powinno być. Wtedy łatwo pomylić tęsknotę za zmianą z tęsknotą za konkretną osobą. Albo uznać, że intensywność emocji jest dowodem na jakość relacji.Miller przypomina, że fantazjowanie samo w sobie nie jest niczym złym. Kłopot pojawia się wtedy, gdy zaczynamy traktować wyobrażenie jak rzeczywistość. „Jeśli jesteśmy w złych warunkach życiowych, to marzymy o czymś, o czym nie mamy pojęcia. To jest szkodliwe. Warto umieć to odróżniać i mieć świadomość, że się nakarmiłam swoją wyobraźnią.”Być może właśnie dlatego tak trudno czasem pogodzić się z końcem relacji. Nie tracimy przecież wyłącznie człowieka. Tracimy również wersję przyszłości, którą sobie z nim zbudowaliśmy.„Bo jak on mnie kocha, to co mi po nim”W tej rozmowie „zwyczajność” nie oznacza nudy ani rezygnacji z marzeń. Jest raczej zgodą na to, że dobre życie nie musi bez przerwy dostarczać fajerwerków. Że bliskość może być spokojna, codzienna, czasem nawet banalna – i właśnie dlatego prawdziwa.Miller mówi o tym bardzo osobiście: „A propos zwyczajności i złamanych serc, odkrycie zwyczajności uratowało moje życie.” Joanna Olekszyk trafnie zauważa, że łatwiej pamiętamy odrzucenia niż momenty, w których ktoś chciał się do nas zbliżyć. Dlaczego? Bo czasem bardziej pociąga nas zdobywanie czyjejś miłości niż sama miłość. Jeśli ktoś jest niedostępny, jego zainteresowanie staje się nagrodą. Jeśli natomiast ktoś przychodzi z otwartymi ramionami, możemy uznać, że nie ma w tym nic szczególnego.Kasia Miller ujmuje ten mechanizm dosadnie: „Bo jak on mnie kocha, to co mi po nim.” A Joanna dopowiada, że nie umiemy nakarmić się czymś, czego same nie wymarzyłyśmy, ale co przyszło do nas bez walki. Miller odpowiada obrazowym porównaniem: „Tak, bo to jest bar mleczny, a nie restauracja. A niektóre bary mleczne są pyszne.”I może właśnie o to chodzi: żeby nauczyć się rozpoznawać wartość czegoś, co nie zostało opakowane w wielką romantyczną historię.Gdy chłopak nie dzwoniTo jedno z tych pytań, które brzmią banalnie, dopóki naprawdę nie czekamy na telefon. Wtedy kilka godzin potrafi urosnąć do rozmiarów całej epopei. Czy napisać? Czy czekać? Czy coś zrobiłam nie tak? Czy on stracił zainteresowanie? Czy może powinnam udawać, że wcale mnie to nie obchodzi?Miller proponuje rozwiązanie zaskakująco proste: „Przeżyj rozczarowanie i się uspokój.” Nie chodzi o udawanie obojętności. Przeciwnie – rozczarowanie trzeba poczuć, ale niekoniecznie trzeba budować wokół niego całą opowieść o sobie. Jeden nieodebrany telefon nie jest przecież diagnozą własnej wartości.Ten odcinek podcastu „Przerwa na kawę z Kasią Miller” nie daje więc kolejnego poradnika pod tytułem „jak znaleźć miłość”. Zamiast tego proponuje coś znacznie bardziej użytecznego: przyjrzenie się temu, czego właściwie od miłości oczekujemy. Czy chcemy drugiego człowieka, czy raczej potwierdzenia, że jesteśmy warte kochania? -
„Po prostu sobie bądź. Nie musisz być naj ani błyszczeć”. Kasia Miller o najważniejszej miłości, bez której żadna inna nie przetrwa | „Przerwa na kawę z Kasią Miller o miłości” odc. 5 12.08.2026 1t 7min„Jak jestem zadowolona z siebie, to nie męczę ludzi” – mówi Kasia Miller. I jednym zdaniem podważa mit, że miłość do siebie jest egoizmem. W piątym odcinku podcastu „Przerwa na kawę z Kasią Miller o miłości” psycholożka i Joanna Olekszyk, redaktorka naczelna „Zwierciadła”, rozmawiają o tym, dlaczego samotność nie musi boleć, czemu warto zostać swoją najlepszą przyjaciółką i jak przestać żyć wyłącznie dla innych. Sponsorem odcinka jest Pandora. W najnowszym odcinku podcastu rozmowa schodzi znacznie głębiej niż do popularnych porad o „self care”. Dotyka samotności, poczucia własnej wartości, odwagi bycia sobą i tego, dlaczego największą życiową relacją pozostaje ta, której nigdy nie możemy zakończyć.Miłość do siebie nie jest egoizmemJednym z najważniejszych wątków rozmowy jest rozróżnienie pojęć, które w codziennym języku często wrzucamy do jednego worka. Kasia Miller przypomina, że warto oddzielić egoizm od egotyzmu i egocentryzmu. Troska o siebie nie oznacza przecież lekceważenia innych. Wręcz przeciwnie – dopiero człowiek, który zna swoje potrzeby i potrafi o siebie zadbać, jest w stanie budować zdrowe relacje.Psycholożka wraca do własnego życiowego odkrycia. Jak przyznaje, prawdziwym przełomem było dla niej uświadomienie sobie, że „zawsze i do końca będę tylko ze sobą”. To właśnie wtedy zaczęła zadawać sobie pytanie, kogo właściwie powinna brać pod uwagę w pierwszej kolejności. W tej perspektywie samotność przestaje być karą. „Jak jestem sama, to nie jestem samotna, tylko ze sobą” – tłumaczy, pokazując, że największy komfort daje umiejętność dobrego towarzyszenia samej sobie.Samotność czy bycie ze sobą?Presja społeczna przez dekady przekonywała nas, że samotność oznacza porażkę. Joanna Olekszyk zauważa, że wielu z nas od dziecka słyszało ostrzeżenia: jeśli czegoś nie zrobimy, jeśli nie będziemy wystarczająco dobrzy, zostaniemy sami.Kasia Miller pokazuje jednak zupełnie inną perspektywę. Wspomina okres, kiedy niepokoiło ją, że telefon milczy, a gdzieś indziej – tam, gdzie jej akurat nie ma – dzieje się coś ważnego. Dziś patrzy na to z uśmiechem. Jak mówi, najbardziej lubi być sama właśnie dlatego, że „ciekawie jest tam, gdzie ja jestem”. To zdanie brzmi jak antidotum na współczesny lęk przed pominięciem i ciągłą potrzebę bycia online.Nie liczba znajomych decyduje o szczęściuMedia społecznościowe przekonały nas, że warto mieć jak najwięcej kontaktów. Tymczasem psychologia coraz częściej pokazuje coś przeciwnego. Kasia Miller zwraca uwagę, że dopiero dziś naprawdę zaczynamy rozumieć, iż posiadanie ogromnego grona znajomych wcale nie musi być wartością. Prawdziwa przyjaźń i miłość należą do tych relacji, które zdarzają się rzadko i właśnie dlatego są tak cenne.To ważna zmiana myślenia. Zamiast kolekcjonować znajomości, warto pielęgnować te, które pozwalają czuć się naprawdę zauważonym.Dlaczego tak trudno pobyć samemu?W rozmowie pojawia się również temat ciszy. Joanna Olekszyk zauważa, że kiedy zostajemy sami, wracają do nas myśli, których wcześniej nie słyszeliśmy przez codzienny hałas. Często są niewygodne, dlatego uciekamy od nich.Kasia Miller przyznaje, że sama jest niemal po równo ekstrawertyczką i introwertyczką. Potrzebuje ludzi, ale równie mocno potrzebuje samotności, by odpocząć i odzyskać kontakt ze sobą. Miłość, która zostaje na całe życieSponsorem odcinka jest marka Pandora, która w kampanii BE LOVE przypomina, że miłość ma wiele twarzy. Nie ogranicza się wyłącznie do romantycznych gestów – zaczyna się od życzliwości, troski i autentyczności wobec siebie oraz innych. To spojrzenie doskonale współbrzmi z przesłaniem rozmowy Joanny Olekszyk i Kasi Miller. Bo zanim nauczymy się kochać partnera, rodzinę czy przyjaciół, warto nauczyć się być dla siebie kimś, z kim naprawdę dobrze spędza się życie. A przecież – jak przypomina psycholożka – z tą jedną osobą zostaniemy już na zawsze. -
„Żyjemy dłużej i chcemy, żeby to życie było dobrej jakości”. Na czym polega „ukryty głód” i jakie suplementy mogą dziś zmieniać jakość życia? | „Jak zdrowie”, odc. 23 30.07.2026 1t„Dzisiaj jesteśmy chronicznie zmęczeni i to jest największy paradoks” – mówi dietetyczka kliniczna Marta Lutostańska w najnowszym odcinku podcastu „Jak zdrowie”. Razem z Magdaleną Kuszewską i Waldemarem Pilchem, prezesem formeds, szukają odpowiedzi na pytanie, dlaczego mimo coraz większej świadomości zdrowotnej tak wielu z nas wciąż zmaga się z przewlekłym zmęczeniem. Rozmowa prowadzi od tzw. paliwa dla komórek, od witamin z grupy B przez koenzym Q10 aż po zasady świadomej suplementacji. Pokazuje również, że przyszłość zdrowia nie zaczyna się od kolejnego modnego preparatu, lecz od wiedzy i jakości. Sponsorem odcinka jest producent suplementów diety formeds.Organizm każdego człowieka funkcjonuje inaczej, różnimy się genetyką, stylem życia i potrzebami. Nawet osoby odżywiające się podobnie mogą mieć zupełnie odmienne zapotrzebowanie na składniki odżywcze.Marta Lutostańska zwraca uwagę na jeszcze jeden wymiar problemu. Współczesność przyniosła zjawisko ukrytego głodu – sytuacji, w której kalorii jest pod dostatkiem, ale organizmowi brakuje białka, witamin czy mikroelementów.Witaminy z grupy B – energia zaczyna się w komórkachZmęczenie, problemy z koncentracją, rozdrażnienie czy pogorszenie nastroju często bywają tłumaczone tempem życia. Niekiedy organizm wysyła jednak sygnał o niedoborach witamin z grupy B.Marta Lutostańska wyjaśnia, że uczestniczą one w najważniejszych procesach biochemicznych odpowiedzialnych za zamianę energii z pożywienia w energię potrzebną do życia. Witaminy B1, B6 i B12 wspierają prawidłowe funkcjonowanie układu nerwowego, dlatego ich niedobory mogą objawiać się nie tylko zmęczeniem, lecz także dolegliwościami neurologicznymi. Biotyna wpływa na kondycję skóry i włosów i paznokci, natomiast kwas foliowy i witamina B12 odgrywają istotną rolę w tworzeniu krwinek oraz metaboliźmie homocysteiny. Podwyższone stężenie homocysteiny jest wiązane ze zwiększonym ryzykiem chorób sercowo-naczyniowych.Rozmówcy zwracają również uwagę na jakość stosowanych preparatów. Waldemar Pilch podkreśla, że kwas foliowy oraz witaminy z grupy B warto wybierać w postaciach metylowanych, ponieważ część osób posiada warianty genetyczne utrudniające wykorzystanie syntetycznych form tych składników. Dokładnie takie formy można odnaleźć w produkcie formeds BICAPS B complex. Właśnie z tego powodu Polskie Towarzystwo Ginekologów i Położników zmieniło rekomendacje dotyczące suplementacji kwasu foliowego u kobiet planujących ciążę i w ciąży, wskazując na przewagę postaci metylowanej.Koenzym Q10 – wsparcie dla mitochondriów i zdrowego starzeniaJeszcze kilka lat temu koenzym Q10 kojarzył się głównie z kosmetykami przeciwstarzeniowymi. Dziś coraz więcej mówi się o jego roli znacznie głębiej – wewnątrz komórek.Jak tłumaczy Marta Lutostańska, koenzym Q10 wspiera pracę mitochondriów, czyli komórkowych „elektrowni”, odpowiedzialnych za produkcję energii. Naturalny poziom tej substancji obniża się wraz z wiekiem, ale również u osób cierpiących na choroby przewlekłe. Dotyczy to między innymi pacjentów przyjmujących statyny, które obniżając poziom cholesterolu, jednocześnie zmniejszają stężenie koenzymu Q10 w organizmie.Silne właściwości antyoksydacyjne koenzymu Q10 sprawiają, że jest on cenionym składnikiem zarówno w profilaktyce zdrowotnej, jak i kosmetologii. BICAPS Coenzyme Q10 od formeds dostarcza ten wartościowy związek w wygodnej formie suplementacji. Coraz częściej postrzegany jest jako element wspierający zdrowe starzenie, a nie jedynie składnik kremów.Dobry skład ma znaczenieWaldemar Pilch opowiada o filozofii tworzenia suplementów, którą formeds określa mianem „parszywej dwunastki”. Pojęcie odnosi się do zbędnych dodatków, takich jak sztuczne barwniki, konserwanty czy wypełniacze, obecnych w części preparatów. Punktem wyjścia powinny być natomiast trzy filary: aktywna forma składnika, dawka oparta na badaniach naukowych oraz czystość produktu.Sponsorem odcinka jest producent suplementów diety formeds. -
„Smutne jest to, że ojcowie oddali dzieci kobietom”. Co zrobić z tatą, który wraca po latach? | „Przerwa na kawę z Kasią Miller 6”, odc.7 29.07.2026 52min„Są wielcy nieobecni, siedzi taki z gazetą i nie zauważa dziecka. Są tacy, którzy kochają bardziej matkę i tacy, którzy piją, ale tu też jest wiele odcieni” – mówi Kasia Miller w rozmowie z Joanną Olekszyk i zaprosza do rozmowy o jednej z najbardziej niedocenianych relacji w naszym życiu. Bo choć zwykle więcej mówi się o wpływie matki, psycholożka przekonuje, że to właśnie ojciec często buduje fundament naszego poczucia bezpieczeństwa, kobiecości, męskości i późniejszych związków. W 7. odcinku podcastu „Przerwa na kawę z Kasią Miller” nie ma łatwych ocen ani prostych recept. Jest za to szczera rozmowa o wielkich nieobecnych, nowych ojcach i dzieciach, które – nawet jako dorośli – wciąż czekają, aż tata naprawdę je zobaczy.Zdaniem Kasi Miller szczególnie bolesne jest to, że przez pokolenia wielu ojców po prostu oddało wychowanie dzieci kobietom. Część z nich uważała, że to nie ich zadanie, inni czekali wyłącznie na syna, nie dostrzegając córek. Tymczasem nieobecność ojca nie znika wraz z dzieciństwem. Zostawia ślad, który potrafi wybrzmiewać przez całe dorosłe życie.Co dzieje się z dzieckiem, kiedy ojciec wycofuje się z relacji? Psycholożka zwraca uwagę, że w takiej sytuacji to matka zaczyna całkowicie definiować obraz ojca i kształtować więź dziecka z nim. Wielcy nieobecniNieobecność nie zawsze oznacza pusty fotel przy stole. Czasem ma twarz mężczyzny siedzącego obok z gazetą, zatopionego we własnym świecie, który fizycznie jest w domu, ale emocjonalnie pozostaje poza zasięgiem dziecka. Kasia Miller nazywa ich „wielkimi nieobecnymi” i pokazuje, jak wiele odcieni może mieć ojcowskie wycofanie.Psycholożka zauważa, że są ojcowie, którzy bardziej kochają swoje partnerki niż dzieci, tacy, którzy uciekają w pracę, i tacy, którzy znikają przez uzależnienie. Ale są też mężczyźni odsunięci od rodzicielstwa nie z własnej woli. Jak mówi, zdarza się, że pod wpływem alkoholu wcale nie stają się agresywni, lecz spokojni, jednak i tak zostają usunięci na margines życia rodzinnego. Każda z tych historii wygląda inaczej, lecz efekt bywa podobny – dziecko dorasta z poczuciem braku.Psycholożka podkreśla jednak, że coraz częściej obserwuje zupełnie inny model. Pojawia się nowe pokolenie ojców, którzy nie wstydzą się pchać wózka, gotować czy brać urlopu rodzicielskiego. Dla nich dziecko nie jest dodatkiem do życia, ale jego integralną częścią. To zmiana kulturowa, która może wpłynąć na kolejne pokolenia.Ojciec jest pierwszym mężczyznąDla dziewczyn relacja z ojcem ma wyjątkowe znaczenie. To właśnie on staje się pierwszym mężczyzną, od którego uczą się, czym jest szacunek, czułość i zainteresowanie.Kasia Miller wraca pamięcią do własnego dzieciństwa. Opowiada o ojcu, z którym jeździła pod namiot na Mazury, grała w koszykówkę, uczyła się odwagi i prowadziła wielogodzinne rozmowy o religii. Był agnostykiem, zachęcał ją do myślenia i zadawania pytań. Jednocześnie z czasem coraz bardziej oddalał się od jej matki i wycofywał z życia rodzinnego.„Byłam córeczką tatusia, ale nie księżniczką”W rozmowie pojawia się piękne wspomnienie, które wiele mówi o sposobie budowania relacji. Kasia Miller opowiada, że ojciec nigdy nie traktował jej jak kruchej księżniczki. Nazywał ją raczej „fajnym załogantem”. Uczył ją walczyć, grać w koszykówkę, radzić sobie w trudnych sytuacjach i dostrzegać wartość dobrych mężczyzn.To właśnie dzięki niemu – jak przyznaje – nauczyła się rozumieć mężczyzn, zamiast się ich bać. Widzi też, jak często współcześnie mężczyźni tracą własny potencjał, bo nie pozwala im się przeżywać emocji i budować bliskich relacji.Według Kasi Miller ojciec powinien umieć zobaczyć kobiecość swojej córki i powiedzieć jej, że jest piękna, wartościowa i że już niedługo zacznie wzbudzać zainteresowanie mężczyzn. Takie słowa nie mają nic wspólnego z przekraczaniem granic. Wręcz przeciwnie – budują poczucie bezpieczeństwa i zdrową samoocenę. -
„Testosteron spada o 2 proc. rocznie już u trzydziestolatków”. Jakie objawy oprócz tzw. triady seksualnej zwiastują andropauzę? | „Jak zdrowie”, odc.20 27.07.2026 50min- Andropauza to proces rozłożony w czasie, nie ma wyraźnego momentu, gdy jądra przestają wytwarzać testosteron, dlatego objawy są inne niż w przypadku menopauzy - mówi dietetyczka, Sylwia Leszczyńska, autorka książki „Dieta w andropauzie. Przewodnik dla każdego mężczyzny” (Wydawnictwo Zwierciadło) w podcaście „Jak zdrowie”. Choć o męskiej przemianie hormonalnej mówi się znacznie rzadziej niż o tej kobiecej, dotyczy milionów mężczyzn i wpływa nie tylko na ich zdrowie, ale także na relacje, energię, sen i codzienne funkcjonowanie. Czy spadek testosteronu można spowolnić? Jaką rolę odgrywa dieta? I dlaczego partnerka często zauważa pierwsze objawy wcześniej niż sam mężczyzna?Jak wyjaśnia Sylwia Leszczyńska, andropauza, określana także jako hipogonadyzm późny, wiąże się z postępującym niedoborem testosteronu. Proces nie następuje nagle, lecz rozwija się przez lata. Już po trzydziestce poziom tego hormonu zaczyna stopniowo spadać, a po czterdziestym roku życia mogą pojawić się pierwsze sygnały, które łatwo pomylić z przemęczeniem lub skutkami intensywnego życia zawodowego. W rzeczywistości za obniżoną motywacją, gorszą regeneracją, przewlekłym zmęczeniem, problemami ze snem, mgłą mózgową czy trudnościami z koncentracją może stać właśnie zmieniająca się gospodarka hormonalna. U części mężczyzn pojawiają się również uderzenia gorąca oraz niekorzystne zmiany metaboliczne, w tym zaburzenia gospodarki lipidowej.Mężczyźni milcząJednym z największych problemów nie jest sam spadek testosteronu, lecz brak rozmowy o jego konsekwencjach. Jak zauważa Sylwia Leszczyńska, badania pokazują, że mężczyźni rzadko mówią lekarzowi, a nawet partnerce o swoich dolegliwościach. Paradoksalnie właśnie otwarta komunikacja może okazać się jednym z czynników poprawiających jakość życia. Analizy wskazują bowiem, że ci mężczyźni, którzy mogą swobodnie rozmawiać o objawach z partnerką, łagodniej przechodzą ten etap życia.Jak rozpoznać andropauzę?Rozpoznanie andropauzy wymaga czegoś więcej niż jednego badania krwi. Sylwia Leszczyńska przypomina, że poziom testosteronu należy oznaczyć kilkukrotnie, najlepiej rano, między godziną 7 a 11, kiedy jego stężenie jest najwyższe. Równie istotne są objawy tzw. triady seksualnej: obniżone libido, trudności z uzyskaniem lub utrzymaniem erekcji oraz zanik porannych, spontanicznych erekcji.Największe nasilenie objawów obserwuje się zwykle między 53. a 68. rokiem życia, jednak tempo zmian jest bardzo indywidualne. Wiadomo natomiast, że istnieją czynniki, które przyspieszają utratę testosteronu. Należą do nich przede wszystkim cukrzyca, zaburzenia lipidowe i otyłość.Co spowalnia spadek testosteronuNajbardziej zaskakująca wiadomość? Proces ten nie jest całkowicie nieunikniony. Jak podkreśla Sylwia Leszczyńska, istnieją czynniki, które mogą opóźnić, a nawet zatrzymać spadek testosteronu, a najważniejsze z nich to odpowiednia dieta i zmiana stylu życia.Szczególne znaczenie ma masa ciała. Otyłość u mężczyzn może obniżać poziom testosteronu nawet o połowę, jednak dobra wiadomość jest taka, że zmiany są odwracalne. Redukcja masy ciała o 10–15 proc. może przełożyć się na wzrost poziomu testosteronu nawet o 80 proc., co pokazuje, jak ogromny wpływ na gospodarkę hormonalną mają codzienne wybory.Ekspertka zachęca, aby rozpocząć od poznania własnego zapotrzebowania energetycznego oraz oceny stanu odżywienia organizmu, obejmującej między innymi ilość białka, masę mięśniową i gęstość mineralną kości.Dieta przeciwzapalna także na hormonyNajlepiej przebadanym modelem żywienia pozostaje dieta przeciwzapalna, znana jako śródziemnomorska lub nordycka. Nie chodzi o modne restrykcje, lecz o sposób odżywiania oparty na produktach, które wspierają organizm każdego dnia.Na talerzu powinny regularnie pojawiać się intensywnie kolorowe warzywa i owoce, fermentowane produkty mleczne, pełnoziarniste zboża oraz rośliny strączkowe -
„Jak ktoś ma senność w ciągu dnia, to mnie to trochę niepokoi”. Dr Tomasz Anyszek o przyczynach przewlekłego zmęczenia | „Jak zdrowie”, odc. 21 27.07.2026 48min„Przychodzi pacjentka i mówi:» Jestem zmęczona«. Co pan ordynuje?” – od tego pozornie prostego pytania zaczyna się rozmowa Anny Augustyn-Protas z internistą, dr. n. med. Tomaszem Anyszkiem w podcaście „Jak zdrowie”. Odpowiedź okazuje się znacznie bardziej złożona niż mogłoby się wydawać. Bo zmęczenie bywa skutkiem intensywnego życia, ale równie dobrze może być pierwszym sygnałem niedoborów, zaburzeń hormonalnych albo rozwijającej się choroby. Kluczem nie jest zgadywanie ani internetowa samodiagnoza, tylko konsultacja z lekarzem. Sponsorem odcinka jest Diagnostyka.Żyjemy szybko. Śpimy za krótko, pracujemy za długo, funkcjonujemy w nieustannym natłoku bodźców. Dr n. med. Tomasz Anyszek zwraca uwagę, że lekarz nie zaczyna od suplementów ani gotowych recept. Najpierw szuka odpowiedzi na najważniejsze pytanie: czy za zmęczeniem nie kryje się poważniejsza choroba. Dlatego pierwszym krokiem są podstawowe badania laboratoryjne – morfologia, lipidogram czy próby wątrobowe. Często okazuje się, że pacjent rzeczywiście nie jest chory, ale równie często wyniki wskazują kierunek dalszej diagnostyki.Tarczyca – mały gruczoł, wielki wpływ na energięJedną z najczęstszych przyczyn przewlekłego zmęczenia pozostają zaburzenia hormonalne, zwłaszcza związane z tarczycą. Polska należy do krajów, w których niedoczynność tarczycy występuje stosunkowo często, a – jak podkreśla ekspert – na południu kraju problem obserwuje się częściej niż nad morzem, gdzie naturalnym sprzymierzeńcem pozostaje jod obecny w morskiej bryzie.Coraz więcej pacjentów słyszy również diagnozę autoimmunologicznego zapalenia tarczycy, czyli choroby Hashimoto. Zmęczenie, przyrost masy ciała czy pogorszenie samopoczucia często są jej pierwszymi objawami. Diagnostyka obejmuje oznaczenie TSH, FT4, przeciwciał tarczycowych oraz wykonanie USG tarczycy. Warto wiedzieć, że we wczesnym etapie choroby nie zawsze konieczne jest natychmiastowe wdrożenie hormonów. W wielu przypadkach poprawę przynosi zmiana stylu życia, odpowiednia dieta oraz regularna kontrola wyników.Nie żelazo, lecz ferrytynaCoraz więcej osób rezygnuje z mięsa, a wraz z tym rośnie liczba pacjentów z niedoborami żelaza. Paradoksalnie jednak sam poziom żelaza niewiele mówi o rzeczywistych zapasach organizmu. Jak wyjaśnia dr Anyszek, znacznie ważniejszym wskaźnikiem jest ferrytyna – białko magazynujące żelazo.Interpretacja tego wyniku wymaga jednak rozwagi. Ferrytyna należy do białek ostrej fazy, dlatego jej stężenie rośnie podczas infekcji i stanów zapalnych. Wykonanie badania w trakcie lub tuż po przebytej chorobie może więc prowadzić do błędnych wniosków. Czasami najlepszym rozwiązaniem okazuje się po prostu odczekanie kilku tygodni i powtórzenie oznaczenia.Witamina D i B12. Więcej niż suplementyModa na suplementację sprawiła, że witamina D stała się jedną z najczęściej przyjmowanych substancji. Słusznie, bo odpowiada nie tylko za zdrowie kości, ale wpływa również na inne funkcje organizmu, na odporność, , a nawet procesy związane z rozwojem nowotworów. Ekspert przypomina jednak, że suplementacja powinna być rozsądna.Dla większości dorosłych optymalna dawka podtrzymująca wynosi około 2000 jednostek dziennie, natomiast osoby z potwierdzonym niedoborem często wymagają zwiększenia jej do 4000 jednostek. Równie ważna pozostaje regularna kontrola stężenia witaminy D – najlepiej dwa razy w roku, przed zimą i po jej zakończeniu. Prawidłowe stężenia zaczynają się od 30 ng/ml, wartości w okolicach 50 uznawane są za bardzo dobre, natomiast wyższe mogą być sygnałem, że suplementację warto ograniczyć.Podobnie wygląda historia z witaminą B12. Jej niedobór potrafi objawiać się np.drętwieniem kończyn, zaburzeniami czucia czy przewlekłym zmęczeniem. Co więcej, niskie stężenie może pośrednio zwiększać ryzyko rozwoju miażdżycy. Lekarz zwraca uwagę, że u części osób występują genetyczne predyspozycje do gorszego metabolizowania tej witaminy. Sponsorem odcinka jest Diagnostyka. -
„Słyszę: jak ty wyglądasz, stara to już byłaś”. Odeta Moro o tym, że od lat ma 26 lat | „Ukryte piękno” odc. 32 24.07.2026 56min„Dziś coraz więcej kobiet ma nie wiadomo jaki wiek, ja nie jestem w stanie określić, czy tam jest 26 czy 46 lat”– mówi Odeta Moro w podcaście „Ukryte piękno". Choć metryka nie podlega negocjacjom, sposób, w jaki przeżywamy kolejne etapy życia, już tak. Dlaczego kobiety zaczynają bać się starzenia, zanim jeszcze naprawdę się zestarzeją? Kto mówi nam, kiedy przestać być widocznymi, odważnymi i ciekawymi świata? W rozmowie z Beatą Biały dziennikarka i prezenterka telewizyjna rozprawia się z mitami o wieku i pokazuje, że największym zagrożeniem nie są zmarszczki, lecz moment, w którym same zaczynamy się wycofywać. Sponsorem odcinka jest IANA, producent suplementów diety wspierających zdrowie stawów.Jak pokazuje „Raport Obserwatorium 2026. Starzenie się pod presją – mit czy rzeczywistość?”, przygotowany w ramach inicjatywy Obserwatorium Wiek i Społeczeństwo przez Laboratoires Expanscience na podstawie badania Ipsos BVA, 63 proc. Polaków obawia się starości. Co szczególnie ważne – ten lęk pojawia się bardzo wcześnie, najczęściej między 35. a 45. rokiem życia. Wiele osób zaczyna więc bać się utraty atrakcyjności, pozycji czy społecznej widzialności długo przed tym, zanim rzeczywiście odczuje ograniczenia związane z wiekiem.O tym, skąd bierze się presja związana ze starzeniem i jak odzyskać wolność od cudzych oczekiwań, Beata Biały rozmawia z Odetą Moro w podcaście „Ukryte piękno”.Starość zaczyna się wtedy, kiedy przestajemy sobie pozwalać„Słyszę: jak ty wyglądasz, stara to już byłaś” – mówi Odeta Moro, opowiadając o komentarzach, które wiele kobiet słyszy, gdy przekraczają kolejne granice wieku. Za takim zdaniem kryje się nie tylko ocena wyglądu, ale cały zestaw społecznych oczekiwań: jak kobieta powinna się ubierać, zachowywać, pracować i czy wciąż ma prawo być odważna.Według raportu „Starzenie się pod presją – mit czy rzeczywistość?” za początek starości Polacy uznają 54. rok życia. Dla Odety Moro ta granica jest zdecydowanie zbyt wczesna. „Wg mnie to za wcześnie, ja mam jeszcze sześć lat. Poza tym starzenie się zmienia, pamiętasz »Czterdziestolatka«?” – mówi, zwracając uwagę, że współczesne kobiety żyją zupełnie inaczej niż poprzednie pokolenia.Kobiety nie znikają z życia po czterdziestceDlaczego zaczynamy bać się starzenia tak wcześnie? Odeta Moro przyznaje, że wiele kobiet przez lata patrzy na siebie zbyt surowo. „My się zamartwiamy tym naszym wyglądem, mamy kompleksy, a po 20 latach patrzymy na swoje zdjęcie z młodości i mówimy: o co mi chodziło?” – zauważa.Z czasem uczymy się jednak patrzeć na siebie inaczej. Dziennikarka wspomina moment, gdy mając 40 lat, urodziła syna. W szpitalu usłyszała, że jest „taką starą” mamą. Dziś wspomina ten czas jako jeden z najbardziej odmładzających momentów swojego życia. „Rodząc po raz drugi dziecko w tym wieku oszukałam starość i ta ciąża, a potem macierzyństwo mnie fantastycznie odmłodziły” – mówi.Scenariusz życia piszemy sameRaport „Starzenie się pod presją – mit czy rzeczywistość?” pokazuje również, że wiele osób czuje presję dotyczącą tego, jak powinny się starzeć. 61 proc. Polaków uważa, że narzuca im się sposób przeżywania wieku, a 68 proc. usłyszało od innych uwagi dotyczące tego, jak powinni zachowywać się w swoim wieku.Odeta Moro uważa, że czas odzyskać własny głos. „W pewnym wieku kobieta może powiedzieć wszystko” – mówi.Sama wielokrotnie musiała mierzyć się z cudzymi przekonaniami. Kiedy podjęła decyzję o rozwodzie, mając około 35 lat, usłyszała od ojca: „W tym wieku? Znikasz z rynku matrymonialnego, co z tobą będzie?”. Dziś wie, że życie nie kończy się wtedy, gdy ktoś próbuje wyznaczyć nam jego granice.„Pierwsze co, to polecam inwestowanie w siebie, reszta jakoś się ułoży” – radzi.Bo najważniejsza zmiana zaczyna się wtedy, gdy przestajemy pytać, czy w naszym wieku jeszcze wypada. „Ja codziennie piszę scenariusz swojego życia, nie pozwalam pisać go innym” – mówi Odeta Moro.Sponsorem odcinka jest IANA, producent suplementów diety wspierających zdrowie stawów. -
„Jeśli masz tendencję do zgadzania się, mała pauza zrobi dużą różnicę”. Halina Piasecka o tym, że pik emocji trwa tylko 90 sekund, reszta nam „się wydaje” | „Ukryte piękno” odc. 33 22.07.2026 52min„Emocje są informacjami” – przekonuje psycholożka Halina Piasecka. Złość może chronić nasze granice, lęk nie zawsze zapowiada katastrofę, a smutek nie jest oznaką słabości. W podcaście „Ukryte piękno” Magdalena Kuszewska rozmawia z autorką książki „Czuję, więc jestem” o tym, dlaczego tak często zamiatamy uczucia pod dywan, jak nauczyć się odczytywać sygnały płynące z ciała i dlaczego odpoczynek bywa dziś większym wyzwaniem niż praca.Wielu z nas żyje w przekonaniu, że nieprzyjemne emocje najlepiej schować głęboko i przeczekać. Psycholożka rozprawia się z tym mitem bez wahania. Zakopane uczucia nie znikają. Wracają zwykle wtedy, gdy najmniej się ich spodziewamy, często z dużo większą intensywnością.Magdalena Kuszewska przywołuje własne doświadczenie. Przez lata ukrywała trudne emocje w pracy, starając się zachować profesjonalizm. Wieczorem wracały jednak do niej w domu, odbierając spokój i sen. Odpowiedź Haliny Piaseckiej jest jednoznaczna: skoro wypierane emocje wracały ze zdwojoną siłą, organizm wyraźnie pokazywał, że taka strategia nie działa.Emocje trwają krócej, niż nam się wydajeJedna z najbardziej zaskakujących informacji dotyczy czasu trwania emocji. Według Haliny Piaseckiej fizjologiczny szczyt emocji trwa około 90 sekund. Później najczęściej nie cierpimy już z powodu samego uczucia, ale z powodu historii, które wokół niego budujemy.Rozmyślamy, analizujemy, wracamy do sytuacji po raz setny, przewidujemy katastrofalne scenariusze albo prowadzimy w głowie niekończące się dialogi. Właśnie dlatego nieprzyjemne emocje wydają się ciągnąć godzinami lub dniami. W rzeczywistości ogromne znaczenie ma sposób, w jaki o nich myślimy.Zamiast oceniać siebie za złość, zazdrość czy lęk, warto zatrzymać się i sprawdzić, o czym próbują nas poinformować. Halina Piasecka zwraca uwagę, że nawet zazdrość może być cennym drogowskazem. Być może pokazuje kierunek rozwoju, za którym tęsknimy, albo ujawnia potrzebę, której dotąd nie dostrzegaliśmy.Ciało mówi prawdęW gabinetach psychologicznych często pojawia się ten sam schemat. Pytanie o emocje spotyka się z odpowiedzią dotyczącą myśli. Klient opisuje natrętne scenariusze, analizuje wydarzenia i tłumaczy swoje zachowanie, ale nie mówi nic o tym, co działo się w jego ciele.Psycholożka zachęca do prostego ćwiczenia. W chwili silnej emocji warto zatrzymać się choć na minutę i zapytać siebie: co czuję oraz gdzie odczuwam tę emocję w swoim ciele? Dopiero później przychodzi czas na refleksję, co chcemy z tą informacją zrobić. Tak buduje się prawdziwa samoświadomość.Gdzie zaczynają się graniceCoraz częściej mówi się o stawianiu granic, ale niewiele osób zastanawia się, skąd właściwie te granice się biorą. Zdaniem Haliny Piaseckiej najpierw trzeba wiedzieć, gdzie one przebiegają i jakie wartości stoją za naszymi decyzjami.Asertywność nie ogranicza się do mówienia „nie”. Oznacza również umiejętność świadomego mówienia „tak”. Szczególnie pomocna bywa rada skierowana do osób, które automatycznie zgadzają się na kolejne prośby. Zamiast odpowiadać odruchowo, warto powiedzieć: „muszę się zastanowić”. Kilka sekund pauzy potrafi całkowicie zmienić jakość podejmowanych decyzji.Rozmowa w podcaście „Ukryte piękno” rozwija wiele tematów poruszanych przez Halinę Piasecką w książce „Czuję, więc jestem”, wydanej przez Zwierciadło. Publikacja stanowi przewodnik po świecie emocji, ale daleko jej do poradnikowych recept i gotowych rozwiązań. Autorka zachęca przede wszystkim do zatrzymania się, obserwowania siebie i budowania relacji z własnym wnętrzem.W książce znajdziemy przypomnienie, że zmiany prowadzące do lepszego życia warto wprowadzać małymi krokami. Samoświadomość nie pojawia się z dnia na dzień. Powstaje dzięki regularnemu zadawaniu sobie pytań o własne potrzeby, przekonania i emocje. -
„Żeby umieć się cieszyć, musisz też umieć się smucić”. Kasia Miller o urzekającym pojęciu „jedność przeciwieństw” | „Przerwa na kawę z Kasią Miller o miłości” odc. 4 21.07.2026 43min– „Mam w sobie zachwyt nad cudem świata, tą zmiennością życia” – mówi Kasia Miller i trudno o lepsze zaproszenie do rozmowy o miłości, która nie dotyczy drugiego człowieka, lecz samego istnienia. Skąd bierze się zachwyt nad życiem mimo bólu, rozczarowań i niepewności? Dlaczego umiejętność przeżywania smutku okazuje się równie ważna jak zdolność do odczuwania radości? O tym Joanna Olekszyk, redaktorka naczelna „Zwierciadła”, rozmawia z psycholożką i psychoterapeutką Kasią Miller w szóstym odcinku podcastu „Przerwa na kawę o miłości”. Sponsorem odcinka jest marka Pandora.Właśnie z takich doświadczeń rodzi się postawa, która później pozwala przetrwać znacznie trudniejsze momenty. Psycholożka przyznaje, że do dziś nosi w sobie zachwyt nad cudem świata i nieustanną zmiennością życia. Zachwyt nie oznacza jednak naiwności ani ucieczki od rzeczywistości. Przeciwnie – pozwala widzieć ją pełniej.Świat jest piękny. I bywa różnyRozmowa szybko schodzi z poziomu idealistycznych wyobrażeń na grunt codzienności. Joanna Olekszyk pyta wprost, czy obok kolorów istnieje również szarość. Odpowiedź nie pozostawia złudzeń. Świat jest miejscem nieustannego ścierania się dobra i zła, ale sposób patrzenia na tę walkę zależy od nas.Kasia Miller przywołuje zdanie, które od lat jej towarzyszy. Można wierzyć, że „dobro zawsze mija, a zło zawsze wraca”, można jednak wybrać odwrotną perspektywę – że „zło zawsze mija, a dobro zawsze wraca”. Już jako dziewczynka zdecydowała, że druga wersja bardziej jej się opłaca. Nie dlatego, że jest łatwiejsza, lecz dlatego, że daje siłę do życia.Bliska jest jej również idea „jedności przeciwieństw”. Świat może być jednocześnie cudowny i straszny, życie potrafi być dobre i trudne zarazem. Największą sztuką okazuje się czerpanie radości z tego, co dobre, przy jednoczesnym uczeniu się wytrzymywania tego, co bolesne. Paradoksalnie właśnie taka postawa, jak mówi psycholożka, sprawia, że dobrych doświadczeń pojawia się więcej.Piękno jako codzienna praktykaMiłość do życia często zaczyna się od wrażliwości na piękno. Kasia Miller opowiada, że już jako dziecko pisała krótkie wiersze. Jeden z pierwszych pamięta do dziś: „wierzby rysunek na niebie cieniutkim pędzlem nakreślasz i zapach wody dalekiej chłodniejszą farbą kładziesz”. Nie jest to przypadkowe wspomnienie. Pokazuje, jak wcześnie nauczyła się patrzeć na świat z uważnością.Smutek nie jest wrogiemW kulturze sukcesu chętnie opowiadamy o szczęściu, znacznie rzadziej o smutku. Tymczasem psycholożka przekonuje, że uciekanie od trudnych emocji odbiera nam możliwość prawdziwego przeżywania życia.Kiedy dopada ją smutek, nie próbuje go zagłuszać. Mówi do siebie: „smutek jest dla każdego, posiedź sobie w nim, przepuść go przez siebie”. W podobnym duchu tłumaczy, że umiejętność cieszenia się wymaga równoczesnej zgody na smucenie się. Dopiero przepuszczanie przez siebie całego wachlarza emocji sprawia, że życie staje się autentyczne, a nie jedynie poprawne.Miłość zaczyna się od sposobu, w jaki żyjemyRozmowa Joanny Olekszyk i Kasi Miller pokazuje, że miłość nie jest wyłącznie uczuciem skierowanym do drugiego człowieka. Przejawia się również w zachwycie nad światem, trosce o własne emocje, uważności wobec innych i codziennych gestach, które budują relacje. Właśnie z takiego myślenia wyrasta kampania BE LOVE marki Pandora. Przypomina, że miłość jest przede wszystkim postawą – czymś, co wyrażamy każdego dnia wobec bliskich, ale także wobec samych siebie. Nie musi być spektakularna ani idealna. Czasem oznacza zgodę na własną wrażliwość, innym razem odwagę, by dostrzec dobro mimo trudniejszych doświadczeń. Bo miłość, o której mówi Kasia Miller, nie kończy się na romantycznych relacjach. Staje się sposobem patrzenia na życie – z większą czułością, uważnością i wdzięcznością za wszystko, co nas spotyka. Taki właśnie wymiar celebruje kampania BE LOVE, zachęcając, by nie tylko mówić o miłości, ale przede wszystkim nią żyć. -
„Rodzice boją się, że ich dziecko będzie ofiarą, nie myślą, że będzie oprawcą”. Natasza Socha o tym, co „karmi” hejtera i jak powstrzymać przemoc | „Dylematy mamy i taty”, odc. 7 17.07.2026 56min„Wszystkie hejterskie historie zaczynają się tak samo: od drobnego uderzenia, żeby sprawdzić, jak ta osoba zareaguje” – mówi Natasza Socha w podcaście „Dylematy mamy i taty”. Rozmawiając z Aliną Gutek, zastępczynią redaktorki naczelnej „Zwierciadła”, autorka wydanej przez Zwierciadło powieści „Hejterka” pokazuje, że przemoc rówieśnicza nie rodzi się nagle ani wyłącznie w internecie. Wyrasta z potrzeby dominacji, braku empatii i wzorców wynoszonych z domu. Najbardziej niepokojące okazuje się jednak coś innego – wielu dorosłych wciąż wierzy, że hejt dotyczy wyłącznie cudzych dzieci.Każdy hejt ma swojego lideraDlaczego inni tak łatwo przyłączają się do przemocy? Alina Gutek pyta podczas rozmowy, co sprawcy mają w sobie, że potrafią przeciągać ludzi na swoją stronę.Socha zwraca uwagę, że niemal zawsze pojawia się lider – osoba głośna, pewna siebie, sprawiająca wrażenie nieustraszonej. Właśnie tacy ludzie bywają najbardziej niebezpieczni, ponieważ potrafią stworzyć wokół siebie grupę, która przestaje samodzielnie oceniać sytuację. Obok lidera niemal automatycznie pojawia się również wyznaczona ofiara.Pozorna siła często okazuje się jednak maską. Autorka „Hejterki” zauważa, że wielu szkolnych liderów buduje swoją pozycję wyłącznie na pokaz, próbując przykryć własne frustracje i porażki. Wybór słabszej osoby pozwala im przez chwilę zapomnieć o własnych kompleksach.Inność nadal bywa najłatwiejszym celemRodzice często zastanawiają się, dlaczego właśnie ich dziecko zostało zaatakowane. Odpowiedź okazuje się bolesna, bo bardzo często wystarczy jedna cecha – odmienność.Podczas rozmowy Natasza Socha przypomina, że nie lubimy tego, co nieznane, a u nastolatków nakłada się na to niezwykle silna potrzeba przynależności do grupy. Dziecko, które wyróżnia się wyglądem, zainteresowaniami, wrażliwością czy sposobem bycia, bardzo łatwo zostaje uznane za „inne”. Jak podkreśla pisarka, osoba, która nie ukrywa swojej odmienności, staje się wręcz idealnym celem hejtu.Paradoks polega na tym, że właśnie cechy, które później budują dojrzałą osobowość i odwagę bycia sobą, w szkolnej rzeczywistości bywają traktowane jak zaproszenie do wykluczenia.Dlaczego dzieci milczą?Rodzice często zakładają, że gdy wydarzy się coś złego, dziecko natychmiast poprosi o pomoc. Praktyka pokazuje coś zupełnie odwrotnego.Jak tłumaczy Socha, młodzi ludzie bardzo rzadko od razu mówią o hejcie. Nie chcą dokładać rodzicom zmartwień, wstydzą się odrzucenia przez grupę i często nawet nie rozumieją, dlaczego zostali wykluczeni. Dochodzi jeszcze lęk przed łatką donosiciela. Przyznanie się do krzywdy oznacza dla wielu nastolatków wypowiedzenie na głos zdania: „jestem beznadziejny”, a właśnie przed takim doświadczeniem próbują się chronić.Milczenie staje się więc nie dowodem, że wszystko jest w porządku, lecz jednym z najważniejszych sygnałów alarmowych.Dom pełen pogardyRozmowa uświadamia, że przemoc rówieśnicza nie bierze się znikąd. Natasza Socha przekonuje, że bardzo często stanowi odbicie atmosfery panującej w domu. Dziecko, które wraca ze szkoły po konflikcie z nauczycielem i słyszy od rodzica: „nie przejmuj się, idiota został nauczycielem, bo niczego nie osiągnął”, otrzymuje jasny komunikat – pogarda wobec innych jest akceptowalnym sposobem rozwiązywania problemów.Szkoła również nie zawsze zdaje egzamin. Zamiast zdecydowanych działań często pojawia się chęć przeczekania kryzysu, bo placówki obawiają się rozgłosu. Efektem bywają kolejne pogadanki, które niewiele zmieniają, ponieważ nie dotykają emocji ani odpowiedzialności. -
„Pogubiło mi się wiele rzeczy “. Dlaczego Grzegorz Damięcki nie wierzy w doświadczenie życiowe i z czym poszedł na terapię? | „Mężczyzna jest człowiekiem”, odc. 19 17.07.2026 1t 15min„Mam 59 lat i wiem, że nic nie wiem” – mówi Grzegorz Damięcki w podcaście Beaty Biały „Mężczyzna jest człowiekiem”. Aktor opowiada o dorastaniu w rodzinie, której nazwisko od pokoleń budzi skojarzenia z polskim teatrem, o rozwodzie rodziców, samotności, terapii, sukcesie i porażce. Powstaje opowieść daleka od celebryckich wyznań. Bardziej przypomina intymny esej o męskości, odpowiedzialności i nieustannym poszukiwaniu siebie.Nazwisko Damięcki od dekad funkcjonuje w polskiej kulturze niemal jak instytucja. Wiele osób mogłoby uznać, że otwiera drzwi, daje przewagę i poczucie bezpieczeństwa. Grzegorz Damięcki nie ma jednak wątpliwości, że przede wszystkim stawia wymagania. Pytany przez Beatę Biały, czy rodzinne nazwisko bywa przekleństwem, odpowiada, że jest przede wszystkim wyzwaniem. „Po rozwodzie rodziców zostałem z ojcem”Historia Damięckich mogłaby stać się scenariuszem wielopokoleniowej sagi. Aktor wraca pamięcią do domu, który nieustannie się zmieniał – także dosłownie, bo dzieciństwo upłynęło pod znakiem kolejnych przeprowadzek. Z czułością wspomina swoje babcie, które były sobie tak bliskie, że – jak opowiada – zmarły tego samego dnia i tego samego roku. Zaraz potem pojawia się jednak doświadczenie rozpadu rodziny. Po rozwodzie rodziców zamieszkał z ojcem, co w tamtych czasach należało do rzadkości. Miał zaledwie piętnaście lat, gdy na jego barki spadło znacznie więcej codziennych obowiązków, niż zwykle dźwigają nastolatkowie.Paradoksalnie właśnie z domu rodzinnego nie wyniósł gotowych recept na życie. Przyznaje otwarcie, że nie otrzymał wzorów postępowania, do których mógłby dziś się odwoływać. Dlatego z pokorą mówi: „Mam 59 lat i wiem, że nic nie wiem”. Zaraz dodaje jeszcze jedno zdanie, które wybrzmiewa niemal prowokacyjnie – nie wierzy w coś takiego jak doświadczenie. Każdy etap życia wymaga bowiem nowych odpowiedzi, a dawne pewniki szybko tracą swoją wartość.„Od sukcesu ludzie głupieją”Kariera aktorska często kojarzy się z popularnością, uznaniem i spełnieniem. Damięcki pokazuje jednak zupełnie inną perspektywę. Pytany o sukces i porażkę przyznaje, że oba doświadczenia bywają równie trudne. Porażki zmuszają do refleksji, natomiast sukces – jak mówi – potrafi onieśmielać, a nawet odbierać trzeźwy ogląd rzeczywistości. Nie bez powodu zauważa, że właśnie od sukcesu ludzie najczęściej głupieją.Takie spojrzenie dobrze współgra z jego wyznaniem, że bezczynność natychmiast uruchamia lęk. Praca okazuje się nie tylko zawodem, ale również sposobem porządkowania własnego świata. Kiedy zatrzymuje się na dłużej, pojawia się niepokój i poczucie zagubienia. Sam przyznaje zresztą, że w pewnym momencie życia „pogubiło mu się wiele rzeczy”.Często boimy się najbliższychJednym z najbardziej poruszających fragmentów rozmowy jest opowieść o terapii. Aktor nie przedstawia jej jako spektakularnej przemiany ani cudownego lekarstwa na wszystkie problemy. Mówi o znacznie bardziej przyziemnym celu – poszedł na terapię po to, by nauczyć się stawiać światu granice.Brzmi prosto, ale właśnie w tej prostocie kryje się sedno. Wielu mężczyzn wychowywano w przekonaniu, że powinni wszystko wytrzymać, wszystko znieść i nikogo nie obciążać własnymi emocjami. Damięcki odwraca tę logikę. Zauważa również, że bardzo często najbardziej boimy się nie obcych ludzi, lecz właśnie tych najbliższych. Relacje rodzinne i partnerskie bywają przecież przestrzenią największej bezbronności. -
„Kobiety mówią: tyję z powietrza i jest w tym ziarno prawdy”. Prof. Karolina Kędzierska-Kapuza i Adrianna Sobol o tym, że otyłość to choroba, która może przytrafić się każdemu | „Jak zdrowie”, odc. 21 15.07.2026 55min„Otyłość to podstępna choroba, która zaczyna się powoli, choć u każdego inaczej się rozwija. Chorzy stopniowo wycofują się z życia z powodu stygmatyzacji i wstydu” – mówi Adrianna Sobol w podcaście „Jak zdrowie”. Choć medycyna od dawna uznaje otyłość za chorobę przewlekłą, społeczne przekonania nie nadążają za wiedzą. Choć medycyna od dawna uznaje otyłość za chorobę przewlekłą, społeczne przekonania nie nadążają za wiedzą. – To jedna z niewielu chorób przewlekłych, które niesiemy ze sobą na czole – mówi obesitolożka, prof. Kędzierska-Kapuza. „Na otyłość choruje już 9 milionów Polaków, a mimo wszystko pacjenci nadal słyszą: »zrób coś ze sobą«” – mówi Magdalena Kuszewska, otwierając rozmowę z prof. Karoliną Kędzierską-Kapuzą oraz Adrianną Sobol w podcaście „Jak zdrowie”.Otyłość nie jest wyboremPrzez lata wokół otyłości narosło wiele uproszczeń. Najbardziej szkodliwe sprowadza się do przekonania, że wystarczy mniej jeść i więcej się ruszać. Brzmi rozsądnie, jednak współczesna medycyna pokazuje znacznie bardziej złożony obraz.Jak wyjaśnia prof. Karolina Kędzierska-Kapuza, pacjenci najczęściej słyszą właśnie komunikat: „jedz mniej i ruszaj się więcej”, podczas gdy otyłość pozostaje chorobą biologiczną, często uwarunkowaną genetycznie i występującą w różnych fenotypach. Jedni zmagają się z kompulsywnym jedzeniem, inni z zaburzeniami regulacji głodu, dlatego skuteczne leczenie musi być dopasowane do konkretnego pacjenta. Tymczasem zaledwie 1–-2 proc. chorych otrzymuje leczenie farmakologiczne.Codzienność, której nie widaćLiczby pokazują skalę problemu, ale nie oddają życia z chorobą. Adrianna Sobol przypomina, że otyłość rozwija się podstępnie i u każdego przebiega inaczej. Chorzy bardzo często stopniowo wycofują się z życia społecznego, ponieważ wstyd i stygmatyzacja odbierają im poczucie bezpieczeństwa.Kobieta „gruba”, mężczyzna „postawny”Społeczne oczekiwania wobec wyglądu nie dotyczą wszystkich w równym stopniu. Kobiety znacznie częściej słyszą krzywdzące komentarze i są oceniane przez pryzmat sylwetki. Jak zauważa Adrianna Sobol, mężczyzna bywa określany jako „postawny”, podczas gdy kobieta z podobną masą ciała otrzymuje łatkę „grubej”. Choroba otyłościowa nie wybiera jednak ani płci, ani wieku i może pojawić się na każdym etapie życia.Równie niebezpieczne pozostaje bagatelizowanie pierwszych sygnałów. W wielu rodzinach funkcjonują powiedzenia: „my tak mamy”, „grube kości”, „wyrośnie z tego”. Takie przekonania skutecznie opóźniają diagnozę i rozpoczęcie leczenia.Dlaczego organizm ciągle domaga się jedzenia?Coraz więcej badań pokazuje, że apetyt nie jest wyłącznie kwestią silnej woli. W niektórych fenotypach choroby organizm produkuje zbyt mało hormonów odpowiedzialnych za hamowanie łaknienia, między innymi GLP-1. Pacjent praktycznie nie otrzymuje sygnału sytości.Prof. Karolina Kędzierska-Kapuza opowiada, że osoby rozpoczynające odpowiednie leczenie często ze wzruszeniem mówią o czymś, co dla większości ludzi wydaje się oczywiste – pierwszy raz w życiu mogą odstawić talerz, ponieważ naprawdę czują się najedzone.Jednocześnie jedzenie pełni funkcję regulatora emocji. Adrianna Sobol zwraca uwagę, że bardzo często sięgamy po nie zarówno wtedy, gdy przeżywamy smutek, jak i wtedy, gdy chcemy świętować sukces. Łatwo dostępna przyjemność pomaga na chwilę poradzić sobie z napięciem, ale nie rozwiąże problemu.Menopauza, hormony i „tycie z powietrza”W gabinetach lekarskich często pada zdanie: „tyję z powietrza”. Choć brzmi jak przesada, medycyna znajduje dla niego częściowe wyjaśnienie.Prof. Kędzierska-Kapuza podkreśla, że w okresie menopauzy zmiany hormonalne wysyłają tkance tłuszczowej sygnał do gromadzenia zapasów przede wszystkim w okolicy brzucha i bioder. Oznacza to, że organizm funkcjonuje inaczej niż wcześniej, dlatego strategie leczenia również wymagają indywidualnego podejścia.Sponsorem odcinka jest Novo Nordisk – organizator kampanii „Odzyskaj lekkość życia”, więcej infomacji na: www.ootylosci.pl/specjalisci -
„Moja najmłodsza pacjentka miała 26 lat”. Sekrety hollywoodzkiego liftingu zdradza chirurg plastyczny dr Piotr Osuch | „Pod skórą”, odc. 2 15.07.2026 44minLifting twarzy nie jest w chirurgii plastycznej nową procedurą – ale zyskał nową technikę i… nową klientelę. Kiedyś uchodził za zabieg dla kobiet dojrzałych, dziś pod nóż coraz częściej idą 20- i 30-latki. Tylko po co – skoro ich skóra nadal jest jędrna, a owal twarzy napięty i wyraźny? Bo lifting nie służy już tylko odmładzaniu – przekonuje dr Piotr Osuch, chirurg plastyczny twarzy specjalizujący się w nowatorskiej metodzie deep plane.Za co ten rodzaj liftingu pokochały największe gwiazdy Hollywood, a w ślad za nimi – zwyczajne kobiety i mężczyźni, którzy ustawiają się w kolejce po piękniejszą twarz?„Niewidoczny” i „naturalny”. Jak działa lifting deep plane?Technika deep plane, w której specjalizuje się dr Osuch, nieprzypadkowo ma wiele fanek (i fanów) wśród znanych osób. Pozwala bowiem precyzyjnie odświeżyć rysy – a nie całkowicie je zmodyfikować. W efekcie, choć twarz pacjenta zostaje „przerobiona”, w ogóle nie wygląda na „zrobioną”.– Ta metoda ma tę dobrą cechę, że zachowuje naturalne rysy twarzy – tłumaczy specjalista. – W odróżnieniu od tych starszych liftingów, tutaj działamy tylko na głębokich strukturach, tak że nie ma konieczności rozdzielania warstw tkanek (…), tylko podnosimy całą grubość tkanek, sięgamy do tego miejsca, gdzie są rozluźnione więzadła, gdzie jest przyczyna tego, że twarz się zmieniła w związku z upływem czasu.To największa różnica, która odróżnia metodę deep plane od starszych technik liftingu.– Nie ma stygmatów typowego liftingu, czyli nie ma takiego napięcia nadmiernego, nie ma efektu maski, nie ma takiego „windblow”, czyli efektu podmuchu wiatru – mówi w podcaście ekspert.Po deep plane wygląda się świeżo, jakby było się bardziej wypoczętym. Procedury tej nie widać na pierwszy rzut oka, co przyciąga do niej zarówno gwiazdy, jak i wszystkie osoby, które chciałyby dokonać naturalnej korekty swoich rysów.Dlaczego na deep plane decydują się coraz młodsze osoby?Jak podkreśla dr Osuch, lifting deep plane to nie jest zabieg, który koryguje skórę – lecz rysy twarzy. Dziś stanowi więc narzędzie nie tylko do odmładzania, ale i modyfikacji tych obszarów, które nie spełniają oczekiwań pacjentów. Najmłodsza pacjentka lekarza miała 26 lat i zdecydowała się na lifting, aby poprawić rysy twarzy po tym, jak opadły na skutek dużej utraty wagi.– To jest zabieg, który koryguje linię żuchwy, który koryguje napięcie tkanek głębokich, który przywraca albo koryguje kształt, jeśli chodzi o położenie brwi i o różne struktury, które są w obrębie twarzy – objaśnia ekspert.Mitem jest więc przekonanie, że lifting dedykowany jest tylko osobom, u których procesy starzenia są już zaawansowane i wymagają one ujędrnienia skóry. Jej jakość i napięcie mogą poprawić zabiegi z zakresu medycyny estetycznej – natomiast sama chirurgia tego nie zrobi.Pułapki medycyny estetycznej okiem chirurga plastycznegoAle i z mniej inwazyjnymi zabiegami lepiej uważać. Doktor Osuch nie jest ich bezkrytycznym zwolennikiem i zaleca ostrożność, zanim zdecydujemy się na założenie nici liftingujących, wstrzyknięcie kwasu hialuronowego albo stymulatorów w twarz. Efekty zbyt pochopnych decyzji swoich pacjentów widzi na własne oczy, gdy podczas operacji zagląda – dosłownie – pod ich skórę.Podcast „Pod skórą” analizuje viralowe trendy w urodzie i medycynie estetycznej napędzane przez internetowe algorytmy. Prowadząca Aleksandra Urbaniak wraz z ekspertami omawia źródła najnowszych trendów, obala szkodliwe mity i ujawnia przemilczane fakty na temat zabiegów zyskujących popularność. To rozmowy dające zdrową perspektywę na obowiązujące standardy piękna wyznaczane przez social-media, które coraz częściej dyktują nam, jak wyglądać i co robić ze swoimi ciałami.
Suosittu maassa
Tämä podcast esiintyy myös näiden maiden podcast-listoilla.